Pilski bajzel – ciekawe, czy znajdą się winni

W Wielką Sobotę miał być niezły żużel, a ostatecznie wyszedł niezły bajzel. Finał jednej z ważniejszych, indywidualnych imprez w naszym kraju – Złotego Kasku – nie doszedł do skutku. Tor w Pile nie nadawał się, zdaniem żużlowców, do jazdy. I niby mieli rację, choć też trudno oprzeć się wrażeniu, że protest zawiązano „pod publiczkę”  telewizyjną i  jednocześnie przeciw niej. Także przeciwko tym, którzy w sile 5 tys. zjawili się na pilskim stadionie.

Na powyższych zdjęciach widać wyraźne, zagrażające zdrowiu, a nawet życiu zawodników wystające na prostej startowej elementy bandy: krawężnik na dole, gwoździe w górnej części. Strach pomyśleć, co by się mogło stać, gdyby któryś z żużlowców wpadł w coś takiego, zahaczył o to przy pełnej prędkości w walce o jak najlepszą pozycję. Bo, i to warte podkreślenia, rangę tego turnieju buduje nagroda w postaci zakwalifikowania najlepszych do eliminacji Grand Prix i SEC. Czyli droga na żużlowe szczyty miała zaczynać się w warunkach urągających podstawowym normom bezpieczeństwa.

Sytuacja, z której można wyciągnąć coś śmiesznego, była w istocie poważna. W przeciwnym razie, a to rzadkość, nie spowodowałaby tak gremialnej solidarności zawodników, którzy bardziej niż do współpracy nastawieni są, z racji wykonywanego zawodu, do rywalizacji. Odmowa wszystkich to poważny sygnał dla organizatorów. Niektórzy mówią wręcz o szkodliwym precedensie. W przypadku Złotego Kasku za organizacją stała firma speedwayevents.pl Macieja Polnego. Co były dziennikarz i żużlowy działacz miał do powiedzenia? Przed kamerami Polsatu Sport zaznaczył, że:

„Cała burza rozpętała się przez dwóch żużlowców. Po części ich rozumiem, bo trzeba dbać o zdrowie. Wada tego toru – wystający krawężnik – to nie powód żeby wszyscy podpisali, że odmawiają startu. Przecież jeżdżą na gorszych torach zagranicą. A tak mamy kolejną skazę w polskim żużlu. Nie rozumiem tego. Ja się teraz liczę z tym, że takie sytuacje mogą dziać się nagminnie. W Pile stał się precedens. Dziwię się niektórym chłopakom, bo kilka dni temu tu trenowali. Ponadto odbyły się w tym roku w Pile już trzy imprezy. Przy odrobinie dobrej woli można było te zawody rozegrać. Na początku połowa zawodników chciała jechać”.

Argument, że gdzieś indziej są gorsze tory, na których odbywają się zawody, jest mało przekonujący. Zostańmy w Polsce, która przecież wyznacza trendy w światowym żużlu. Wyznacza za sprawą mnóstwa osób funkcyjnych (sędziów, komisarzy, przewodniczących jury) i puchnącej księgi przepisów z nakazami/zakazami. Ci, którzy dopuścili „licencją nadzorowaną” taki tor do sezonu, a później z nadzoru właściwie zrezygnowały, po prostu się skompromitowali. Problemy zastane w Pile nie pojawiły się tam przecież z dnia na dzień. Co bardziej zastanawiające, obiekt został dopuszczony do sobotnich zawodów. Dziwne, że arbiter Remigiusz Substyk, czy komisarz toru Jacek Krzyżaniak na to pozwolili.

Tak, jak – i tu akurat pan Polny ma rację – w Pile zrobiono to przy okazji wcześniejszych zawodów, w tym… eliminacji Złotego Kasku na początku kwietnia. Dlaczego wówczas zawodnikom (np. Pawłowi Przedpełskiemu, Krzysztofowi Buczkowskiemu, czy Dominikowi Kuberze) nie przeszkadzały warunki torowe? Czyżby dlatego, że nie było telewizji i ewentualny protest nie trafiłby na tak szerokie forum, jak przy okazji finałowych zawodów? Piotr Świst, mający komentować tę imprezę, powiedział wprost, że brakuje w Pile jakiegoś 1000 (!) ton nawierzchni, a przecież sobotnia afera nie była związana z wybrzuszonym podłożem…

Kto zatem ponosi winę za wielkosobotni skandal? Tak naprawdę całe środowisko. Protestujących zawodników nie wyłączając.

Jacek Hafka