„Wszyscy na Lechię”? Przeciwnie, gdańszczanie od swoich wymagają więcej

Lechia Gdańsk rozgrywa najlepszy sezon w swojej 74-letniej historii. Biało-zieloni 2 maja zagrają w finale Pucharu Polski, po który sięgnęli tylko jeden raz w dziejach, ponadto niezmiennie pozostają w grze o mistrzostwo kraju, którego klub nie zdobył jeszcze nigdy. Wydawałoby się, że w takich okolicznościach przyciągnięcie na trybuny przepięknego stadionu tłumów gdańszczan to bułka z masłem. Nic bardziej mylnego, energiczne działania PR-owców wspieranych przez trenera Stokowca i piłkarzy to wciąż za mało, by hasło „Wszyscy na Lechię” znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Mimo mobilizacji w mediach społecznościowych, na pierwszy w grupie mistrzowskiej mecz z trzecim w tabeli Piastem dotarło niespełna 14 tysięcy kibiców. W normalnych okolicznościach byłby to dobry wynik, nie możemy bowiem zbytnio przywiązywać się do pojemności Stadionu Energa Gdańsk, która dość wyraźnie przewyższa potrzeby klubu. Sytuacja jest jednak nadzwyczajna, bo wspaniałe dla Pomorzan rozgrywki wchodzą w właśnie w decydującą fazę. Jednocześnie wiarygodnych wymówek, pozwalających na odpuszczenie wizyty na meczu, nie sposób już wynaleźć: pogoda zrobiła się fantastyczna, a terminy spotkań wydają się być rozsądne. Lechiści do tej pory często grywali w poniedziałki, a niekiedy także w piątki o 18 – w pełni rozumiemy, że to dla wielu kibiców oznaczało konieczność obejrzenia spotkania sprzed telewizora. Jednak w słoneczne sobotnie popołudnie, kiedy Ekstraklasa wychodziła na ostatnią prostą, a piłkarze byli na szczycie ligowej tabeli, spodziewaliśmy się zobaczyć bałtycką arenę wypełnioną choć w połowie.

Tym bardziej, że moment mobilizacji powinien nastąpić wiele tygodni temu, bo gdańszczanie kilka piekielnie ważnych spotkań na własnym terenie mają już za sobą. Widać przy tym gołym okiem, że podopiecznym Piotra Stokowca kończy się paliwo, czego sami piłkarze zdają się mieć świadomość – ich prośby o szczególne wsparcie ze strony fanów nie są przypadkowe. Niewykluczone, że słynna już wypowiedź szkoleniowca, w której skomentował wymagania polskich fanów piłki nożnej, wysyłając część z nich za granicę, wynikała poniekąd z rozczarowania umiarkowanym wsparciem własnych sympatyków.

Zdolności mobilizacyjne fani z nad morza posiadają, co udowodnili wykupując w ekspresowym tempie wejściówki na mecz na Stadionie Narodowym. Mówiąc szczerze: ani trochę nie zdziwił nas fakt, że 10 tysięcy biletów przydzielonych Lechii rozeszło się błyskawicznie. Przez lata nauczyliśmy się, że polski kibic potrzebuje impulsu, by pójść na stadion i dotyczy to sympatyków futbolu ze wszystkich części kraju, wyłączając oczywiście grupy najbardziej zagorzałych fanów. Takim bodźcem jest z całą pewnością występ ukochanego klubu w finale krajowego Pucharu, który cieszy się dziś w Polsce rangą jednego z najważniejszych spotkań w kalendarzu. Pytanie, dlaczego kibiców do przyjścia szeroką ławą na stadion nie skłania widok piłkarzy w biało-zielonych strojach bijących się dzielnie o mistrzowski tytuł z warszawską Legią – klubem bądź co bądź posiadającym dużo większe zasoby, także piłkarskie. Odpowiedź na wszystkie trudne pytania dają nam niektórzy kibice Lechii w mediach społecznościowych – oto klika z popularniejszych opinii (pisownia oryginalna):

„Macie doktorat ze zniechęcania do siebie”

„Legia,Piast.Cracovia porażki w grupie mistrzowskiej i będzie ciężko…o puchary rzecz jasna :-/ i nie, to nie hejt tylko realna ocena naszej gry… – to napisałem po ostatnim meczu oczywiście mi odpisano „co ty pierd…isz człowieku” – powtarzam ze puchary nam odpływają,może Mandziara powinien wkroczyć bo zawodnikom lepiej sie gra z opóźnieniami w wypłatach? za taką gre nie zasługują na pensje”

„Brawo Lechia, na mecz z Legią przyjdzie podobna ilość osób. Jak się można tak z kompromitować”

Przypominamy: Lechia Gdańsk rozgrywa najlepszy sezon w swojej 74-letniej historii.

 

Max Mahor