Serio: Górnik Zabrze to była europejska potęga!

Starsi kibice na pewno to pamiętają, młodszym należy się przypomnienie z historii: kwiecień 1970 roku to był najlepszy czas polskiej piłki klubowej, a piłkarze Górnika Zabrze prawdziwymi ówczesnymi celebrytami, o których powstawały piosenki (Skaldowie, Anna German), którzy gromadzili przed telewizorami rzesze rodaków. Dziś mija dokładnie 49 lat od rewanżowego spotkania zabrzan z AS Romą na Stadionie Śląskim w pamiętnym półfinale nieistniejącego już turnieju – Pucharu Zdobywców Pucharów (PZP).

Zanim jednak doszło do powyższego pojedynku, zabrzanie wyeliminowali jesienią takie firmy, jak: Olympiakos Pireus i Glasgow Rangers. Podczas rewanżu ze Szkota pewni swego byli kibice zgromadzeni na Stadionie Śląskim – wywiesili transparent: „Tylko dzieci przy piersi mogą straszyć Rangersi”. I nie pomylili się: Górnik ograł Szkotów w rewanżu aż 5:0. Jakże mógł tego nie uczynić, skoro w jego barwach grali tacy zawodnicy jak: Jan Banaś, Jerzy Gorgoń, Hubert Kostka, czy Włodzimierz Lubański?! Prawdziwi boiskowi herosi.

Po wyeliminowaniu Rangersów, dopiero w marcu Górnik miał zmierzyć się z Lewskim Sofia. Żeby jak najlepiej przygotować się do tego dwumeczu, zabrzanie wyjechali na obóz aż do Ameryki Południowej. Zgrupowanie w dalekich „ciepłych” krajach przyniosło znakomity efekt, choć pierwszy mecz w stolicy Bułgarii zakończył się porażką 2:3 po golu w 89. minucie słynnego Georgiego „Gundiego” Asparuchowa. Na szczęście w rewanżu górą 2:1 byli nasi piłkarze prowadzeni przez  trenera Michała Matyasa. Los sprawił, że o awans do finału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70 Górnik miał powalczyć z wielką AS Romą, w której liderem i pupilem trenera Helenio Herrery był Fabio Capello. Mecze z rzymianami na trwałe wpisały się do historii polskiej piłki klubowej, także z powodu licznych pozaboiskowych zdarzeń.

W pierwszym spotkaniu w stolicy Włoch padł remis 1:1, ale to Górnik przeważał: Lubański trafił w poprzeczkę, a w kolejnej akcji poślizgnął się w najmniej dogodnym momencie – gdy już miał pustą bramkę rzymian przed sobą… Z kolei Giallorossi doprowadzili do remisu po wątpliwym rzucie wolnym. Nic dziwnego, że Stadion Śląski w rewanżu pękał w szwach, czyli pomieścił jakieś 100 tys. fanów.

Tumult był przeogromny, jednak już w 2. minucie ogromny chorzowski obiekt zamilkł – Rainer Kuchta sfaulował w polu karnym Elvio Salvoriego, a „jedenastkę” wykorzystał Capello. I gdy wydawało się, że wszystko stracone, wówczas gola – także z karnego po faulu na Gorgoniu – strzelił Lubański. Tak ten słynny mecz wspominał ówczesny gracz Górnika, Erwin Wilczek (sport.pl): „Jurek na chama poszedł do przodu, sfaulowali go, a że był śnieg, więc linii nie było za dobrze widać. Nie było do końca jasne, czy stało się to w polu karnym. Sędzia biegł, by to sprawdzić, wpadł na mnie, a ja go właściwie zaniosłem na miejsce, gdzie jest „jedenastka”. Nie mógł już nic innego zrobić, jak podyktować karnego!”. A więc dogrywka, a w niej Lubański popisał się genialnym strzałem z niemal zerowego kąta. I gdy wydawało się, że awans jest pewny, Włoch Francesco Scaratti doprowadził do kolejnego remisu, który – ku zdumieniu kibiców na Śląskim – wcale nie eliminował z dalszej gry Górnika, bowiem gole wyjazdowe nie liczyły się „podwójnie”. Zarządzono więc trzecie spotkanie półfinału PZP na neutralnym terenie we francuskim Strasbourgu. Co tam się działo…

Problemy pojawiły się już przed meczem, gdy autobus, mający zawieźć Górników pod stadion, po prostu nie dojechał. Sprawy w swoje ręce musieli wziąć francuscy i niemieccy polonusi, którzy zawieźli piłkarzy prywatnymi samochodami. Na stadion wpadli w ostatniej chwili, mecz zaczęli właściwie bez rozgrzewki. Spotkanie znowu zakończyło się remisem (1:1), a co ciekawe, podczas jego trwania dwa razy na stadionie gasło światło, w tym raz, w momencie groźnego dośrodkowania w stronę Lubańskiego. „Kto wie, czy nie padła tam bramka?!” – dramatycznie komentował legendarny Jan Ciszewski. Ostatecznie o awansie do finału Pucharu Zdobywców Pucharów miał zadecydować… rzut monetą. Oddajmy głos ówczesnemu kapitanowi Górnika, Stanisławowi Oślizło: „Sędzia trzymał w ręku żeton. Szybko wskazałem zieloną stronę. To kolor nadziei, a czerwony źle mi się kojarzył. Gdy sędzia wyrzucił go w powietrze, to przeżyłem najdłuższą chwilę w życiu. Kiedy zobaczyłem, że mój zespół awansował do finału, to z radości pobiłem chyba rekord w skoku wzwyż. Bardzo się cieszyliśmy. Jednak, jak się później okazało, podczas losowania wokół nas było sporo kibiców. Część zawodników Górnika zeszła już do szatni. Dopiero po głośnych krzykach zorientowali się, że ich zespół awansował do finału” – wspominał.

W finale PZP na zabrzan czekał już Manchester City, który na przygotowania miał znacznie więcej czasu. I, niestety, znalazło to odzwierciedlenie na  na boisku. Ale nie tylko to. „Ten puchar to my już mieliśmy prawie w kieszeni. Popełniłem błąd i pozwoliłem zawodnikom zabrać ze sobą do Wiednia żony. Gonitwy po sklepach tak ich wymęczyły, że na boisku byli cieniem zespołu. Nim się zorientowali, było 0:2” – w jednym z wywiadów powiedział ówczesny prezes Górnika, Eryk Wyra.

Mimo porażki z City, osiągnięcia ówczesnej drużyny z Zabrza do dziś pozostają niedoścignionym wzorem dla klubów z Ekstraklasy… Ciekawe, czy kiedyś będziemy przeżywać podobne emocje?