Panie Stefanie, Pan się nie boi

I choć może „dwie trzecie Sejmu” nie „stoją” za Panem, Stefanie, to może wypadałoby wreszcie określić się jasno, bo na razie to, co płynie od Pana jest na zasadzie: „właściwie to się zdecydowałem”. Przypadek Stefana Horngachera troszkę przypomina ten Pana Waldka P. ze słynnej piosenki Kazika Staszewskiego o pewnych równie znanych wydarzeniach politycznych. Pan Stefan zwodzi, mało mówi, ale przynajmniej wiemy już, że ostateczną decyzję ogłosi po niedzielnym porannym konkursie indywidualnym w Planicy, a więc po ostatnim w sezonie występie skoczków. Nim do tego dojdzie, zawody odbędą się jeszcze dziś (indywidualne, start o 14.30) oraz jutro (drużynowe, początek o 10.00).

Serial z Horngacherem odnośne jego polskiej lub niemieckiej przyszłości trwa w najlepsze w dużej mierze przez żądne newsów media, których niektórzy przedstawiciele myśleli, byli nawet pewni, że za sprawą swoich umiejętności perswazyjnych i przez wrodzoną dociekliwość spowodują, że oto Stefan się złamie i powie wszystko, co wie przed wyznaczonym czasem. „Męczyli” go po / przed każdym z ostatnich konkursów, a on – poza wyczuwalną irytacją – nic. Był zdawkowy i rozdrażniony. Z drugiej strony, to jednak mało poważne, że tak wiele osób jest w związku z decyzją Austriaka w kropce, nie wiedząc niczego pewnego o najbliższej przyszłości. „Chcemy żeby Stefan dalej u nas pracował, ale nie możemy bezczynnie czekać. Jestem po rozmowach z innymi trenerami, ale nikt ode mnie teraz nic nie wyciągnie. Tym bardziej że wciąż liczę na Horngachera. Powiedziałem mu, że nie mogę nie rozmawiać z innymi, ale obiecałem też, że poczekam z ruchami na jego decyzję. Jeśli odejdzie, to i tak trzeba kontynuować to, co rozpoczął. Nie jest łatwo znaleźć osobę, która będzie w stanie to robić. Nie chcemy nikogo, kto wprowadzi wielkie zmiany u skoczków, którzy przekroczyli trzydziestkę” – powiedział Przeglądowi Sportowemu dyrektor PZN, Adam Małysz.

Ale zostawmy te dywagacje, bo przed nami najprzyjemniejszy, najbardziej „luźny” moment sezonu. Często przyjemna, słoneczna pogoda w piękniej dolinie w Alpach Julijskich sprzyja atmosferze większego relaksu. Skoki jako takie nie są przecież wypełnione szaloną rywalizacją. Owszem, w przeszłości zdarzały się jakieś konflikty, najczęściej w obrębie jednej reprezentacji, ale generalnie walka na skoczniach nie jest tak zacięta, jak np. w sportach motorowych. A Planica to miejsce o tyle wyjątkowe, że pozwalające na naprawdę dalekie loty, których już nie możemy się doczekać.

Przez wiele lat na Velikance, a dziś Letalicy dominowali gospodarze. Dwaj z nich – Robert Kranjec na pewno i Jurij Tepes być może – skończą swoje kariery po tegorocznej Planicy. Słoweńcy ten sezon mogą uznać generalnie za stracony, to i tak należy stawiać kogoś z nich w roli faworytów konkursów kończących zmagania. W kwalifikacjach trzecie miejsce zajął Timi Zajc, piąty był Domen Prevc. Wygrał fenomenalny Ryoyu Kobayashi, który w Słowenii odbierze Kryształową Kulę za zwycięstwo w Pucharze Świata.  Czy zgarnie także małą za wygraną w lotach? Ma na to szansę, bo jego przewaga nad drugim w tej klasyfikacji Markusem Eisenbichlerem wynosi 16 punktów. Trzeci, Kamil Stoch traci 20 pkt.

Bardzo daleko w kwalifikacjach, bo na 247,5 m – co widać powyżej – odleciał Piotr Żyła, ale niestety podparł swój skok. Jak będzie w dzisiejszym konkursie? Według bukmacherów z forBET faworytem pierwszych zawodów w Planicy jest Kobayashi (kurs: 1.75), przed Eisenbichlerem (5.50) oraz Zajcem (8.00).