„Grosik” królem asyst. Szykuje się transfer?

Eksperci są zgodni co do tego, że angielska Championship jest ligą silniejszą od wielu szanowanych europejskich rozgrywek najwyższego szczebla. Nie ma w tym przypadku – pieniądze, którymi operują kluby z zaplecza angielskiej ekstraklasy są imponujące, przynoszą je spadkowicze z Premier League, dziesiątki tysięcy kibiców zasiadających na trybunach oraz bogaci właściciele, którzy tą drogą chcą dostać się do futbolowej i finansowej elity. Świetne zarobki i perspektywa gry w przyszłości w najpopularniejszej lidze świata to dla wielu klasowych graczy wystarczający powód, by zameldować się w Anglii i przy okazji podnieść poziom ligi. Skoro tak, dyspozycja Kamila Grosickiego w barwach Hull City nie może ujść naszej uwadze.

A jest naprawdę nieźle, bo choć Tygrysy nie liczą się w walce o awans, to indywidualne liczby „Grosika” robią wrażenie. Reprezentant Polski w 2019 roku trafił do siatki 3 razy, ale co ważniejsze, w tym czasie zaliczył aż 8 asyst. Ostatnie dwie trafily na konto Polaka w miniony weekend w zremisowanym meczu przeciwko Queens Park Rangers, w którym na listę asystentów wpisał się także Paweł Wszołek. W kontekście czwartkowego spotkania kadry z Austrią udany występ Grosickiego (Wszołek powołania nie otrzymał) to świetna wiadomość, tym bardziej, że stanowi potwierdzenie wysokiej formy, jaką skrzydłowy prezentuje już od dłuższego czasu.

A skoro „Grosik” gra z klasą, oznacza to jedno: będzie transfer! A przynajmniej próba transferu, bo jak wiemy w przypadku 30-latka raczej tego należy się spodziewać. W istocie niewielu jest na świecie zawodników, dla których zmiana klubu byłaby źródłem tylu przygód i traumatycznych doświadczeń, co właśnie dla Grosickiego. Absolutną kwintesencją była oczywiście niedawna eskapada do Turcji, tradycyjnie – w ostatnim dniu okienka – zakończona ucieczką zawodnika z miasta i fiaskiem rozmów. Polak, który wcześniej zarzekał się, że ligę musi zmienić, naraził się z miejsca na wysyp szyderczych komentarzy kibiców. Niewiele pomogły późniejsze tłumaczenia piłkarza, że ewakuacja była efektem zachowania działaczy Bursasporu i oferty z lizbońskiego Sportingu. Wcześniej niepowodzeniem kończyły się inne posunięcia „last minute” z udziałem polskiego skrzydłowego, na czele z niedoszłym transferem do Burnley. Sprawa była na tyle zaawansowana, że jedna z gazet umieściła informację o transferze na okładce. Jak się okazało, przedwcześnie, zabrakło czasu, by Rennes dogadało się z angielskim klubem. Tutaj jednak piłkarza nie sposób winić, ostatecznie ma on przy sobie ludzi, którzy odpowiadają za jego interesy i to w ich gestii leży rozpoczynanie działań na rynku transferowym odpowiednio wcześnie.

Nasz reprezentant zresztą nigdy się się zniechęca, zbliżające się okienko zawsze jest dla niego źródłem nowej nadziei na poprawę losu. W Hull oczywiście grać nie chce, czego wyraz dawał wielokrotnie. Narażając się kibicom i kolegom, którym rzecz jasna nie podobały się ciągłe, usilne próby opuszczenia drużyny przed Polaka.

Drużyny, do której przyjście, co dzisiaj wiemy, też nie mogło być do końca przemyślane. Bo przecież kiedy „Grosik” trafiał do Premier League, drużyna z północnej Anglii znajdowała się w strefie spadkowej. Rozumiemy, że liczył na utrzymanie się z nowym zespołem w lidze, jednak jeśli decydujesz się na taki ruch, powinieneś także wziąć pod uwagę ewentualne (i bardzo realne) niepowodzenie. Skupianie się wyłącznie na opcji pozytywnej przypomina troszkę zagranie hazardzisty, który spogląda na sumę możliwą do wygrania, nie analizując skutków, jakie dla jego portfela przyniesie porażka.

Kończymy jednak z wypominaniem „Grosikowi” dawnych błędów, nie chodzi przecież o to, by rozdrapywać rany. Przeciwnie, ściskamy mocno kciuki za naszego asa. Mimo trzydziestki na karku, nadal ma on potencjał na grę w jednej z czołowych lig europejskich, czego świadectwo daje ostatnio. Jeśli jednak ma się to udać, być może warto już dziś zachęcić menedżera do szukania nowego miejsca do gry. W myśl słów jednego z czołowych polskich agentów piłkarskich, który powiedział kiedyś: „najwięcej pracy mam przed rozpoczęciem okienka, potem już tylko podpisuję”.

Max Mahor