Chwile nieulotne #27 – Walka Martina Schmitta z Adamem Małyszem

Dokładnie 41 lat temu w niemieckim mieście uzdrowiskowym Villingen-Schwenningen na świat przyszedł jeden z najwybitniejszych skoczków: Martin Schmitt. Sportowiec, który Polakom będzie kojarzył się nie tylko z charakterystycznym, filetowym napisem na kasku i sympatycznym wyrazem twarzy, ale przede wszystkim z rywalizacją z Adamem Małyszem. Walka ta zajmowała miliony ludzi i na dobre odmieniła dyscyplinę w naszym kraju.

Schmitt swoją przygodę ze skokami narciarskimi zaczął w wieku sześciu lat, a jego pierwszym i jedynym klubem był SC Furtwangen. Premierowy start w konkursie Pucharu Świata zaliczył 4 stycznia 1997 roku podczas 45. edycji Konkursu Czterech Skoczni w austriackim Innsbrucku, gdzie zajął 25. miejsce. A więc bez szału, choć na pierwsze sukcesy nie musiał znowu czekać aż tak długo. W początkowej fazie kariery szczęśliwa była dla niego zwłaszcza Norwegia. To w tym kraju – a konkretniej w Trondheim w roku debiutu w PŚ – wywalczył swój pierwszy medal mistrzostw świata. Wraz ze swoimi kolegami z drużyny sięgnął po brąz. 28 listopada 1998 roku zaś wygrał – tym razem w Lillehammer – swój pierwszy indywidualny konkurs PŚ.

Martin Schmitt to bez cienia wątpliwości jeden z największych skoczków w historii. Święcił triumfy już na chwilę przed gwałtownym wybuchem „Małyszomanii”. W dwóch sezonach: 1998/99 i 1999/2000 sięgał po Kryształową Kulę. W pierwszym z nich wyprzedził Fina Janne Ahonena o zaledwie 58 punków. W drugim zaś okazał się już bezkonkurencyjny i zdeklasował przeciwników, wyprzedzając najbliższego z nich, Austriaka Andreasa Widhölzla aż o 381 „oczek”. Schmitt w trakcie kariery wygrał w sumie 28 konkursów PŚ. Łącznie, a więc indywidualnie i w drużynie Niemiec zdobył także cztery złote medale MŚ oraz trzy krążki (złoty w 2002 roku) olimpijskie – wszystkie w drużynie. Sympatyczny skoczek nie miał za to szczęścia w indywidualnych konkursach podczas Igrzysk, bo najwyżej był sklasyfikowany na 7. lokacie w Salt Lake City. Nie wygrał także nigdy w generalce TCS, dwukrotnie maksymalnie zajmując w niej trzecie miejsca.

W tym momencie zatrzymajmy się i przypomnijmy znakomitą walkę między Schmittem i Małyszem w 2001 roku. Znakomitą, choć różnie ocenianą. Aktor Jan Nowicki w niedawnym obszernym wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” z charakterystyczną swadą powiedział:

„Patriotyzm zaczął się od Adama Małysza i Małyszomanii. Bo Polak wygrywa i przy okazji dokopuje Niemcom, Schmittowi, Hannawaldowi. Małysz, polska husaria. My dobrzy, Niemcy źli. To było wstrętne.  Dlatego też z taką ulgą i przyjemnością zobaczyłem, co z naszą kadrą skoczków zrobił trener Stefan Horngacher. W dużym stopniu spowodował przemianę, że doczekaliśmy się w końcu kilku światowej klasy skoczków. Ten moment, kiedy cała Polska wisiała na nartach tego jednego Adasia, biednego chłopaka był okropny. I bardzo polski. Gdzieś wyczytałem, że we wsi, z której pochodził Simon Ammann, po tym jak zdobył podwójne złoto, połowa ludzi o tym nie wiedziała. To jest zdrowe! U nas konie ciągną bryczkę, w bryczce Adaś, a potem ciągną go na trybuny, wieszają się u jego sukcesu. Okropne, histeryczne, znowu takie swojskie: „nasz Adaś, nasz orzeł, nasza bułka z bananem””.

Oczywiście nie tylko „bułka z bananem” stała za wybuchem wspaniałej dyspozycji Małysza. Na to złożył się szereg czynników, by wymienić choćby skalę talentu Polaka, pracowitość i pomoc m.in. psychologa, czy fizjoterapeuty. Między innymi to sprawiło, że w lutym 2001 roku w szranki stanęli dwaj wielcy sportowcy: aktualny wówczas mistrz świata Schmitt i najgroźniejszy, choć niespodziewany pretendent Małysz.

Na dużej, ośnieżonej skoczni w pierwszej serii obaj skoczyli znakomicie. Najpierw Schmitt w nienagannym stylu osiągnął 124,5 metra, a więc dokładnie tyle, ile zamaskowany Ahonen. Niemiec przegrywał minimalnie gorszymi notami. Ostatni na rozbiegu pojawił się Małysz. Z dużą swobodą poleciał 1,5 metra dalej i objął dosłownie kilkupunktowe prowadzenie. W drugiej serii zaś Schmitt dokonał czegoś absolutnie wyjątkowego. Poszybował na odległość 131 metrów, a jego kapitalna nota (144 pkt) postawiła pozostałych konkurentów w wyjątkowo trudnej sytuacji. 125,5 m Ahonena nie było czymś tak fenomenalnym. A Małysz? Poleciał daleko (128,5 m), po locie z falującymi nartami, z minimalnym zachwianiem po lądowaniu. Wynik? Brzmiał nieco jak wyrok. Był odebrany jako rozczarowanie: drugie miejsce, strata niecałych trzech punktów. Schmitt triumfował.

Cztery dni później to Polak okazał się absolutnie poza konkurencją. Na skoczni K-90 zwyciężył ze Schmittem z przewagą aż 13 „oczek”, a skok w drugiej serii… Popatrzcie Państwo sami:

Schmitt musiał przełknąć gorzką pigułkę porażki nie tylko w Lahti na normalnym obiekcie. Przegrał z Małyszem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jak sam wspominał tamten sezon? „Walka z nim była miła, zwłaszcza w 2001 roku. Oczywiście bardzo chciałem wtedy zwyciężyć w Turnieju Czterech Skoczni, ale on był wtedy dużo lepszy ode mnie. Udało mi się jednak uzyskać świetną formę na mistrzostwa świata w Lahti i zdobyć trzy medale w tym dwa złote medale. To było dla mnie wspaniałe przeżycie. To był dla mnie zaszczyt, że mogłem z nim rywalizować na najwyższym poziomie. Później Adam był w stanie nadal świetnie startować, a ja nie. I tak to właśnie było. Nie sądzę, że był moim koszmarem” – zaznaczył (sport.onet.pl).

Po tym sezonie Martin miał już tylko przebłyski wspaniałej formy. Co za tym stało? Zmiana przygotowań całej niemieckiej kadry, ale i problemy z coraz liczniejszymi urazami. Owszem, jeszcze w 2009 roku Schmitt skończył PŚ na dobrym, szóstym miejscu, a w czeskim Libercu sięgnął po srebrny medal mistrzostw świata. To był jednak „łabędzi śpiew”, choć decyzja o zakończeniu kariery została podjęta późno, bo w 2014 roku, gdy Schmitt miał 36 lat.

Niemiec po zejściu ze skoczni uszeregował kilka spraw. Poślubił lekarkę Andreę, która urodziła mu córeczkę. W 2015 roku zaś założył razem z Simonem Ammannem agencję sportową, która „proponuje swoim klientom indywidualne rozwiązania w zakresie zarządzania, doradztwa sponsoringowego, prawa marketingowego i reklamy”. A o tym, że nie zerwał kontaktu ze skokami narciarskimi świadczy fakt, że jest stałym ekspertem stacji Eurosport przy okazji różnych imprez. Coraz głośniej mówiło się także o wejściu Martina w rolę trenera kadry Niemiec, ale sam zainteresowany zdementował te informacje, choć nie wykluczył takiej opcji w przyszłości.

Jacek Hafka