„Kiedyś zarobki za walkę nie starczyły nawet na paliwo. Dziś młodzież uważa, że wszystko się im należy.”

Łukasz Pławecki to polski mistrz świata w K-1. W sporcie, w którym tytuł czempiona można zdobyć na kilkanaście sposobów, on skupił się na najtrudniejszym – zawodowym. Kickboxing na zasadach K-1 to najbardziej efektowna odmiana tego sportu. Krótkie, zmuszające zawodników do maksymalizacji wysiłku, toczone w szybkim tempie walki, wracają powoli do łask dużych stacji telewizyjnych po latach nieobecności. Właśnie na antenie jednej z takich dużych stacji walczy ostatnio pochodzący z Nowego Sącza Pławecki. Porozmawialiśmy o sporcie, biznesie oraz o tym jak jest, a jak było…

Łukasz, gdybyś miał w kilku słowach zachęcić kogoś, kto nie ma pojęcia o K-1, do oglądania tego sportu – jak byś to zrobił?

Łukasz Pławecki: Na pewno pokazałbym mu swoje walki (śmiech). A tak na poważnie, to wiele osób wie, że jest taki sport jak MMA. Wiele osób też się od niego odbija, bo nie rozumie zasad walki w parterze. K-1 to więcej niż boks, bo można kopać, a mniej niż MMA, bo nie można walczyć w parterze. Jest to obecnie najbardziej przejrzysta i jednocześnie efektowna dyscyplina w sportach walki. Do tego 3 rundy po 3 minuty, a więc nie ma miejsca na dłużyzny i mamy najlepszy sport walki na świecie.

Siedzisz w tym prawie połowę swojego życia. Masz 31 lat, a trenujesz od lat 15. Co czujesz, kiedy przypominasz sobie swoje początki?

ŁP: Tak, kiedy zaczynałem nie było Youtube’a, płatnych kanałów ze sportami walki i wszystko co wiedzieliśmy to wiedza przekazana nam przez trenera. Z początków mojej kariery wzięła się moja ksywka „Boom Boom”. Kiedy usłyszałem, że po raz pierwszy mam na treningu sparować, nie miałem najmniejszego pojęcia jak taki sparing powinien wyglądać. Więc ubrałem rękawice i stając naprzeciw bardziej doświadczonego kolegi zrobiłem to samo co robiłem do tej pory na worku – zacząłem uderzać jak najwięcej i jak najszybciej. Musiało to wyglądać przekomicznie. Od tamtej pory jestem Boom Boom. Teraz jest inaczej. Można podglądać treningi z drugiego końca świata albo chociaż sprawdzić na telefonie na szybko jak powinno się pewne rzeczy robić.

Nie chcę rozmawiać tylko o sporcie, bo takich wywiadów udzielasz dziesiątki. Powiedz mi coś o swoim życiu. Jesteś zawodnikiem i tylko tym się zajmujesz?

ŁP: Tak, to mój sposób na życie. Jestem właścicielem klubu sportów walki, ale kiedy szykuje się do walki, do klubu wchodzę jak inni zawodnicy – trenować. Na szczęście udało mi się przez te wszystkie lata otoczyć ludźmi, na których mogę polegać i klub w tym okresie funkcjonuje bardzo dobrze. Toczę od 3 do 5 walk w roku, każdą poprzedzam obozem przygotowawczym. Wiąże się to z wyjazdami, treningami w Polsce, na Słowacji, a nawet w Holandii. Generalnie w cyklu przygotowawczym do pojedynku staram się spać, jeść i trenować dwa razy dziennie. Wszystko inne zostawiam w rękach ludzi, którzy są dookoła mnie bym nie musiał się o te sprawy martwić.

Łukasz Pławecki tytuł mistrzowski FEN zdobył pokonując Wojciecha Wierzbickiego

Da się zarobić na godne życie w tym sporcie?

ŁP: Tak, ale nie z samych wypłat za walki. Tak jak w MMA czy boksie, jeśli nie znajdziesz sponsorów, którzy będą cię wspierali w karierze, niemożliwe byłoby skupienie się w okresie przygotowań tylko na treningu. Ja uważam, że mam to dość dobrze poukładane i nie mogę narzekać na to ile zarabiam. To nie przyszło samo z siebie. Musiałem w siebie zainwestować, by móc wyciągać profity. Młodzi sportowcy w dzisiejszych czasach zapominają o tym i duża część z nich wypada ze sportów walki zrażona tym, że muszą dokładać do kariery na początku. Nie chcę wyliczać, ale to nie zaczęło się zwracać po roku, ani nawet po trzech latach…

A może jednak zostaniemy przy tym temacie? Skąd wziąć na początku? Skąd wziąć później?

ŁP: Nie lubię rozmawiać o pieniądzach, bo w sporcie, w którym nie ma ich zbyt dużo, są zawsze kontrowersyjnym tematem. Ja na początku łączyłem funkcję zawodnika z pracą w klubie. Prowadziłem treningi i walczyłem. I to jest okej, ale do pewnego poziomu. Walczyłem na galach na całym świecie na róźnych etapach kariery i teraz wiem, że w niektórych przypadkach przegrywałem, bo nie byłem 100% zawodnikiem tak, jak moi ówczesni przeciwnicy. Potrzebowałem lat, by się tego nauczyć i teraz mogę to powiedzieć komuś, kto będzie to wiedział zaczynając. Ale do tego trzeba wsparcia czy to rodziny, czy sponsorów. Problemem jest zarówno to, że tych sponsorów nie ma tak wielu, ale też to, że zawodnicy w Polsce wciąż uważają, że im się wszystko należy.

Co masz na myśli?

ŁP: Nie powiem nic odkrywczego. Zawodnicy bez nazwiska czy rekordu, którzy dopiero zaczynają, często są nastawieni tak, że skoro oni walczą to muszą być głaskani. Darmowe bilety, zero wkładu w sprzedaż biletów, zero promocji swojej osoby i wydarzeń na których walczą… Mógłbym tak długo wymieniać. Sam organizuje gale i wiem, że federacja tak samo potrzebuje zawodników, jak zawodnicy organizacji. Bilety same się nie sprzedadzą, a organizatorzy nie wezmą drugi czy trzeci raz zawodnika, który im nic nie da od siebie. Dadam jeszcze, że za jedną ze swoich pierwszych walk wziąłem tyle, że nie starczyło na paliwo na drogę powrotną.

Mówisz, że organizujesz gale. Czemu to robisz? Są z tego dobre pieniądze? Nie jesteś już dość zajętym człowiekiem?

ŁP: Jakby były dobre, to robiłbym tylko to (śmiech). Gale organizuje, bo mam ambicję, by rozwinąć mój projekt HFO na całą Polskę. Jesteśmy po piątej gali i planujemy już trzy kolejne. Przyjąłem zasadę małych kroczków i na razie sprawdza się ona doskonale. Hala zawsze jest pełna, walki są dobre lub świetne, a z każdą kolejną galą bilety rozchodzą się szybciej. Na ten rok także mamy ambitne plany, ale wracając do początku – nie robię tego sam. Tak jak w przypadku klubu, tak też tu otoczyłem się ludźmi, którzy też chcą ten projekt rozwijać i działamy razem.

Pewnie robiąc to sam zarobiłbyś więcej…

ŁP: Tak, ale wtedy skończyłoby się na 2-3 galach i zabrakłoby sił lub środków. A kiedy skończyłbym karierę zawodnika i mógł skupić w 100% na galach, miałbym za sobą zrażonych do niewypału sponsorów. Właśnie z tego powodu nie robię tego sam i uważam, że dobrze nam to wychodzi.

Jak wygląda dzień zawodowego kickboxera?

ŁP: U mnie nie można powiedzieć, że zawsze tak samo. Obciążenia treningowe planuje mi specjalista z krakowskiego AWF na podstawie badań wydolnościowych i różnego rodzaju testów, więc miewam dni mocnych obciążeń, dni słabszych obciążeń, ale ogólnie to trenuję, jem i śpię. Pomiędzy tymi czynnościami załatwiam różne sprawy. Czyli w zasadzie jakbym prowadził biznes. Musisz być cały dzień w robocie, bo trening rano, trening wieczorem, ścisła dieta, godziny posiłków, regeneracja… No i prowadząc biznes trzeba też załatwiać różne sprawy. Więc w sumie można to porównać.

Dużo czasu spędzasz w aucie?

ŁP: Bardzo dużo. Raz w tygodniu trenuję u swojego trenera na Słowacji, co oznacza cztery godziny jazdy w jedną stronę. Do tego dochodzą obowiązki medialne, które nigdy nie dzieją się w Nowym Sączu, sparingi w innych klubach w Polsce, spotkania biznesowe… Ale mam wygodne auto i lubię je. Inaczej by się nie dało (śmiech).

Jaki masz cel w tym, co robisz? Jest jakiś tytuł, którego jeszcze nie osiągnąłeś? Puchar, którego brakuje ci na półce?

ŁP: Chcę, by było tak, jak lubię. Lubię się bić, robić to wszystko dookoła walki – treningi, robienie wagi, dyscyplina, rozluźnienie po walce… Do tego chcę móc się z tego utrzymywać i mieć na dobre życie. Lubię być sportowcem, ale nie jestem takim świrem, kickboxerem w każdej minucie dnia. Lubię wyjść z żoną do restauracji, zjeść coś niekoniecznie zdrowego i napić się czegoś niekoniecznie zero. Ale jest czas na to i jest czas na dyscyplinę. Dopóki mogę łączyć te dwa stany – jest tak jak lubię.

Pławecki 12 stycznia po raz pierwszy będzie bronił tytułu mistrzowskiego FEN

Jakbyś miał podsumować swoje dotychczasowe osiągnięcia w sporcie w kilku słowach lub zdaniach, to jakby to brzmiało?

ŁP: Niczego nie żałuję, choć wiele rzeczy teraz zrobiłbym inaczej. Walczyłem z najlepszymi zawodnikami na świecie, takimi jak Superbon czy Tuinov. Walkę z Tuinovem wziąłem na 7 dni przed, wiedząc że ten chłopak jest mega talentem. Pewnie niektórzy powiedzą, że zrobiłem głupotę, ale nikt mi nie zabierze tej walki. Może teraz nie wziąłbym tego pojedynku z tak krótkim wyprzedzeniem, ale w ogóle tego nie żałuję.

Co cię motywuje do ciężkich treningów?

ŁP: Nie potrzebuję motywacji do trenowania. Ludzie wstają rano do biura, czy ich ktoś pyta co jest ich motywacją? Jedni lubią swoją pracę i wstają chętnie i weseli, a inni męczą się w swojej i wstają przybici. W sporcie jest tak samo – jeśli to kochasz, to nie wstajesz do pracy przybity. Jeśli tego nie kochasz, męczy cię wizja ciężkich treningów – to powinieneś zająć się czymś innym.

Jakie masz plany i cele na 2019 rok?

ŁP: W styczniu bronię pasa FEN, a w kolejnych miesiącach chciałbym zawalczyć znów poza Polską. Rozważane są różne kierunki i może będzie to Holandia, może Rosja, a może Azja. Tego dowiem się na dniach, bo chciałbym stoczyć 3-4 walki w roku 2019. Dalszy rozwój organizacji HFO z pomocą nowych ludzi, o których rozmawialiśmy oraz brak kontuzji. To są moje plany na 2019. No i oczywiście urlop z żoną.