Liverpool wstaje z kolan?

Start Premier League za 20 dni, więc zostało jeszcze sporo czasu. Na rynku transferowym kreuje się jednak zdecydowany zwycięzca – Liverpool latem dokonuje wzmocnień absolutnie najwyższej klasy. Alisson, Naby Keita, Xherdan Shaqiri oraz Fabinho. The Reds zdecydowanie stawiają na jakość ponad ilość. Choć nieco kłóci się to ze słowami Kloppa, który niegdyś stwierdził, że nie potrzebuje wydawać wielkich pieniędzy, aby tworzyć dobre drużyny, to kibice z czerwonej części Merseyside nie powinni się z tego powodu specjalnie smucić. Nadchodzi nowa era dla Liverpoolu? 

Po odejściu Rafy Beniteza na Anfield nastał bardzo dziwny okres. Chyba najbardziej ikoniczną postacią, dla niepowodzeń The Reds, była osoba Roya Hodgsona. Angielski szkoleniowiec trafił do Liverpoolu na kanwie dobrych osiągnięć w Fulham. Do klubu trafiły takie niewypały, jak: Joe Cole, Milan Novaković czy Raul Meireles. Należy jednak oddać Anglikowi, że tego samego okienka sprowadził on do klubu Luisa Suaerza, który w przyszłości decydował o sile drużyny i był nawet blisko doprowadzenia jej do mistrzostwa Anglii. Ale po kolei. O słabości Liverpoolu w ówczesnym okresie niech zaświadczy fakt, że najlepszym strzelcem drużyny po sezonie został… Dirk Kuyt, który w Premier League zdołał trafić do siatki zaledwie trzynaście razy. Klub z Anfield musiał zmierzyć się z odejściem Fernando Torresa – na następce świetnego Hiszpana desygnowano Andy’ego Carolla, który jest uważany za jeden z najbardziej nieudanych transferów angielskiej piłki. Obecny gracz West Hamu United także stanowi swoistą  ikonę niepowodzeń tamtego okresu. Ratować sytuację Liverpoolu miał Kenny Dalglish, który kojarzony był z największymi sukcesami tego zespołu, jednak zdołał on zdobyć jedynie Puchar Ligi w sezonie 2011/12. W klubie kontynuowano sprowadzenie wyróżniających się zawodników Premier League, którzy jednak nie potrafili przenieść swojej formy na występy w Liverpoolu: jako „twarze” tamtego okresu wystarczy wspomnieć: Charliego Adama, Stewarta Downinga czy Joe Allena. Trzeba natomiast oddać, że w tym czasie za bezcen pojawili się gracze, który w kampanii ligowej 13/14 mogli zapewnić The Reds mistrzowski tytuł. Mowa o Danielu Sturridge’u oraz Philippe Coutinho, za których Liverpool zapłacił odpowiednio 12,5 oraz 8,5 mln funtów. Ten sezon mógł nadać nowe oblicze zespołowi z Merseyside…

Po dobrych wynikach z ekipą Swansea, posadę szkoleniowca powierzono Brendanowi Rodgersowi. Pracę rozpoczął on już w sezonie 12/13, lecz postawa drużyny jest kompletnie do zapomnienia: dość powiedzieć, że Walijczyk zdołał zająć z Liverpoolem zaledwie siódmą lokatę. Włodarze The Reds postanowili jednak wytrzymać ciśnienie związane z przyszłością swojego trenera, co mogło się naprawdę opłacić. W kolejnym sezonie Liverpool bowiem dominował w rozgrywkach Premier League – genialną parę stworzyli Sturridge i Suarez, którzy łącznie zdobyli 52 gole w lidze! The Reds osiągnęli nawet zwycięstwo w meczu, który miał bezpośrednio decydować o losie mistrzowskiego tytułu: 13 kwietnia 2014 roku oba zespoły dały nam popis najwyższych, piłkarskich umiejętności, a ostatecznie starcie skończyło się rezultatem 3:2 – w końcówce nie popisał się Kompany, który podał wybił piłkę prosto Coutinho, a ten niespecjalnie chybiał z takiej pozycji. Wszystkim wydawało się, że okres 24 lat oczekiwania na mistrzostwo Anglii dobiegnie wreszcie końca. No i przyszedł ten, słynny mecz z Chelsea… Upadek Stevena Gerrarda zszokował całe Anfield, a Dembie Ba stworzył sytuację do otwarcia wyniku. The Reds nie mieli pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji i ostatecznie ulegli The Blues 0:2. Potem był jeszcze remis z Crystal Palace 3:3 i stało się jasne, że tytuł trafi do Manchesteru City…

Kolejny sezon zdeterminowało odejście Luisa Suareza – reprezentant Urugwaju jasno dał do zrozumienia, że nie znajduje już dla siebie miejsca w drużynie. Bardzo głośno było o zainteresowaniu Arsenalu i słynnej ofercie opiewającej na 50 0000 01 funtów. Jak wyznał jednak obecny gracz Barcelony podjęcie takiego ruchu odradził mu Steven Gerrard – gracz ostatecznie trafił do Barcelony, a na jego następcę wyznaczono… Mario Balotelliego, który niespecjalnie sprawdził się w tej roli. Oprócz niego, po raz kolejny postawiono na sprawdzonych ligowców z Southampton: klub wzmocnił bowiem tercet Adam Lallana, Rickie Lambert oraz Dejan Lovren: o niewypale możemy mówić tylko i wyłącznie w przypadku tego drugiego. Widać było jednak wyraźnie, że klub ma problemy ze strzelaniem goli – dość powiedzieć, że najlepszym strzelcem w Premier League został Steven Gerrard 9 TRAFIENIAMI na koncie: po tej kampanii ligowej kapitan The Reds zdecydował się odejść do LA Galaxy. Szóste miejsce w lidze, opadnięcie na etapie fazy grupowej Ligi Mistrzów. Liverpool potrzebował kompletnie nowego oblicza, jednak władze wciąż zdecydowały się pozostawić na stanowisku Brendana Rodgersa.

Cierpliwości starczyło jedynie do 8 października kolejnego sezonu. Zajmowanie dziesiątego miejsca, po ośmiu kolejkach ligowych zmagań, zdecydowanie zdenerwowało władze Liverpoolu, które misję tworzenia nowego oblicza ich klubu powierzyły Jurgenowi Kloppowi. Niemiecki trener nie przychodził do Anglii w glorii chwały – mimo sukcesów osiąganych w przeszłości z ekipą BvB, wszyscy zastanawiali się, czy nie dopadło go wypalenie zawodowo, skoro swój ostatni sezon w Bundeslidze zakończył na siódmym miejscu. Niewiele lepiej było na Wyspach – trudno jednak mieć pretensje do Kloppa, że zakończył on zmagania ligi na dopiero ósmej lokacie, skoro musiał polegać na materiale jeszcze z czasów Brendana Rodgersa. Liverpool ostatecznie zanotował jeden z najgorszych wyników ostatnich lat. W kolejnym sezonie widoczny był już wpływ Kloppa – niemiecki trener postawił na graczy z Bundesligi: klub wzmocnili bowiem Loris Karius, Ragnar Klavan, Joel Matip oraz Alexander Manninger. Liverpool nie odszedł jednak od praktyk z przeszłości i ponownie sięgnął po wyróżniających się zawodników krajowej ligi. Tym razem natomiast nie padło na reprezentantów Anglii, a Sadio Mane i Georginio Wijnalduma. Szczególnie ten pierwszy będzie absolutnym kluczem do sukcesu Kloppa w przyszłym sezonie. Jesteśmy jednak jeszcze na etapie kampanii ligowej 16/17 i ponownie trudno mieć wrażenie, że Klopp swoimi wynikami przekonał sympatyków The Reds do swojej osoby. Czwarte miejsce, 4 runda FA Cup oraz półfinał Pucharu Ligi. Cudów nie było, aczkolwiek była jedna, naprawdę ważna informacja: w kolejnym sezonie Liverpool zobaczymy w Lidze Mistrzów.

Mohamed Salah. Mohamed Salah. Mohamed Salah. Właściwie tak możemy streścić ostatni sezon The Reds. Transfer Egipcjanina na Anfield był niesamowitym strzałem w dziesiątkę – kto mógłby się spodziewać, że zawodnik, który najpierw nie sprawdził się w Chelsea, a następnie notował dobre, ale nie genialne występy w koszulce Romy z miejsca podbije rozgrywki Premier League. 32 gole w lidze, 44 we wszystkich rozgrywkach: to liczby absolutnie z kosmosu. Oprócz skrzydłowego The Reds wzmocnili się Alexem Oxladem – Chamberlainem, a także postawili na młodzież w osobach Andrew Robertsona oraz Dominica Solanke: szczególnie ten pierwszy stanowił o sile Liverpoolu w minionym sezonie. W styczniu klub głęboko sięgnął do portfela i postawił na transfer Virgila van Dijka, bijąc tym samym kwotę rekordu transferowego wydaną na obrońcę. W lidze może cudów nie było, bo koniec końców skończyło się na czwartym miejscu: należy docenić jednak grę Liverpoolu w Lidze Mistrzów. Wyjście z grupy z Sevillą, Spartakiem Moskwą oraz Mariborem, wyeliminowanie kolejno Porto, Manchesteru City, a także Romy, która przecież wykończyła wielką Barceloną i wreszcie dojście do finału rozgrywek. Tam doskonale pamiętamy, jak mogło się potoczyć, gdyby Karius był w pełni władz umysłowych = można było pokusić się o wzniesienie pucharu, a także niepotrzebne byłoby sprowadzenie Alissona, jednak fatalne błędy niemieckiego golkipera zdeterminowały nie tylko jego przyszłość, ale także kierunek rozwoju całej drużyny. A, zapomniałem, że odszedł kluczowy gracz, Philippe Coutinho – ale chyba fani z Merseyside też tego specjalnie nie zauważyli…

Na papierze wygląda to naprawdę obiecująco. Wzmocnienie i tak niezłego zespołu nazwiskami rozchwytywanymi przez wiele klubów z topu może przynieść Anfield sukces, o których sympatycy Liverpoolu śnią już 28 lat. Wiemy jednak doskonale, że wszystko weryfikuje boisko i scenariusze mogą być tylko dwa. Albo dream – team Kloppa wypali i możemy oglądać coś na wzór Manchesteru City, albo to będzie upadek z naprawdę ogromnego konia, z którego ciężko będzie się pozbierać. Liverpool wydaje się, przed sezonem 18/19, wstawać z kolan, lecz nie chce być w skórze władz, piłkarzy,  czy kibiców, gdyby ten projekt miał nie wypalić. Ale przecież nie może nie wypalić, prawda?

Karol Czyżewski