Diego włączył swoje Dynamo…

No i wylądował! Specjalnie nie chciałem w to wierzyć, ale Diego Maradona pojawił się w Brześciu, aby zająć się jednoczesnym pełnieniem funkcji trenera i prezesa miejscowego Dynama. Dla klubu to świetna reklama, wszak o tym posunięciu mówiły wszystkie media sportowe na świecie – drużyna znalazła się tym samym na ustach każdego, kto komentował tę jakże pokręconą sprawą. Do władz drużyny nic nie mam – wymyślili jakiś patent na promocję i skrzętnie go realizują. Bardziej boli, co w tym wszystkim wyrabia „Boski Diego”. 

Widząc Maradonę mknącego gigantycznym opancerzonym wozem, a następnie głoszącego, jak bardzo chciałby poznać prezydenta Białorusi staram się wyprzeć ze swojej głowy ten potężny obraz zażenowania i skupić się na Diego, jako wielkim sportowcu. Nie jest to dla mnie łatwe – gdy osiągał największe sukcesy, nie było mnie jeszcze na świecie, więc jak to z odkopywaniem reliktów przeszłości, bardzo trudno podchodzić do nich obiektywnie, gdy mamy przed oczyma wydarzenia z teraźniejszości. Patrzę na to, że na MŚ w 1986 roku udało mu się zdobyć Mistrzostwo Świata w Meksyku i zastanawiam się, jak dramatycznie potoczyło się jego życie, że po 22 latach jest on wykorzystywany jako klaun, który ma przynieść danej drużynie rozgłos. Do jeszcze smutniejszego wniosku dochodzę, gdy zaczynam mieć świadomość, że ten sam człowiek miał za zadanie poprowadzić Argentynę na mundialu w 2006 roku – co ciekawe, wykręcił on wówczas lepszy wynik niż ostatnio Jorge Sampaoli (wszyscy pamiętamy genialne trafienie Maxi Rodrigueza). Nie chcę być zrozumiany źle, dla Dynama Brześć związanie się z Argentyńczykiem to doskonała sprawa promocyjna, ale w futbolu jednak mimo wszystko powinno chodzić o wyniki sportowe.

Wyobraźmy sobie podobną sytuację w Polsce…. A zaraz, zaraz – nie musimy sobie tego wyobrażać! Bliźniaczo podobną akcję do tej Dynama Brześć z Maradoną wykręciła niedawno Sandecja, gdy w Nowym Sączu na testach miał pojawić się Freddy Adu. Siedemnastokrotny reprezentant USA, mając 19 lat, był typowany do zrobienia międzynarodowej kariery i podbicia szturmem wielu, europejskich boisk. Rzeczywistość okazała się jednak niesamowicie brutalna i po nieudanej przygodzie w Benfice czy Monaco Adu wrócił do Ameryki, a następnie grał w pół – profesjonalnych drużynach, które ciężko jest dzisiaj przypomnieć. Niemniej latem zeszłego roku o zawodniku ponownie zrobiło się głośno – miał on ruszyć na podbój Ekstraklasy, chyba nawet sam zdążył w to uwierzyć, a skończyło się w końcu na tym, że nie chciał go w swojej kadrze nawet Radosław Mroczkowski. Była to zgrabna akcja osób odpowiedzialnych za wizerunek (WTF) Sandecji. Rozkręcić aferę, pograć nazwiskiem piłkarza, żeby wszystkie media w kraju (i nie tylko) rzuciły się na ten temat. Tylko, że w tym przypadku, wydaje mi się, że sam Adu naprawdę chciał pograć w piłkę i nie chodziło o lans.

Tutaj jest zupełnie inaczej. Choć trudno ocenić mi obecny potencjał psychiczny Diego Maradony wydaje mi się, że posiada on na tyle umiejętności intelektualnych, aby jasno ocenić, że potrzebuje pieniędzy. Niespecjalnie sprawdziłby się on w roli eksperta telewizyjnego, patrząc na stopień odrealnienia, w jakim obecnie się znajduje. Średnio także jako ambasador danej marki czy klubu, bo tam również trzeba się dość przyzwoicie prezentować i sklecić jakoś te dwa – trzy zdania od siebie. Postawiono zatem na model komediodramatyczny – Maradona wierzy, że jest wielkim prezesem (czy tam trenerem też, pogubiłem się), a wszyscy wokół mają naprawdę niezły ubaw. Problem w tym natomiast, że nie rozmawiamy o jakiejś lidze amatorskiej, lecz o profesjonalnych rozgrywkach piłkarskich, które funkcjonują tak samo jak Premier League, Serie A, czy Ekstraklasa. Jasne, patrząc na naszą rodzimą ligę trudno nie dostrzec wrażenia, że to jest jeszcze bardziej dramatyczne, bo wszyscy tam grają na poważnie, lecz jakoś ciężko znaleźć by mi było usprawiedliwienie, gdyby taką akcję przeprowadził klub najwyższej dywizji ligowej w Polsce. Wyobraźmy sobie – Maradona wjeżdża opancerzonym wozem przez centrum Nowego Sącza – ja rozumiem inny klimat, podejście do futbolu, ale nie wierzę, aby u nas został on tak entuzjastycznie przyjęty. I, w moim odczuciu, bardzo słusznie.

Przygoda Dynama Brześć z Maradoną to ogromna szansa dla wielu dziennikarzy z naszego regionu – prawdopodobnie jeszcze nigdy w historii Diego nie był aż tak blisko. Problem w tym, że także tutaj ciężko byłoby znaleźć jakąkolwiek jakość w materiale – włodarze Dynama mówiliby zapewne, jacy to zachwyceni nie są z takiego posunięcia, natomiast sam Maradona zacząłby gadać jakieś głupoty typu: „Chcę wprowadzić Dynamo do Ligi Mistrzów” lub „Dawać mi tu Łukaszenkę”. Fajny materiał do jakiejś Uwagi czy Trudnych Spraw, za to kompletnie zero wartości dla prawdziwego sportu. I to jest chyba w tym najbardziej smutne – legenda argentyńskiego futbolu, człowiek, który dla fanów Albicelestes na zawsze zostanie zapamiętany jako ikona największych sukcesów , dzisiaj pełni rolę maskotki, pluszowego misia wypchanego alkoholem i narkotykami, który odbywa coś w rodzaju swoistego tournee życiowego i daje radość, tym razem, kibicom z Białorusi. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę oceniać jego życia i pouczać o jakiejś moralności, bo każdy robi ze sobą, co chce. Boli natomiast, że w tle tego wszystkiego jest sport, a z człowieka pasującego jedynie na celebrytę robi się jednocześnie trenera i prezesa. Póki co, takie rzeczy mają miejsce tylko na Białorusi, ale kto wie, jeżeli nasi zobaczą, że całkiem nieźle się to kalkuluje, nie zdziwię się, gdy zobaczymy kogoś takiego pokroju w naszej lidze. Ale chyba nie tędy droga…

Karol Czyżewski