Sebastian Chmara do młodych: Wyluzujcie trochę! Na sporcie świat się nie kończy

Zapraszamy na drugą część rozmowy z wiceprezesem PZLA, komentatorem i byłym lekkoatletą, Sebastianem Chmarą.

Srebro podczas HMŚ w Birmingham w biegu na 1500 m wywalczył Marcin Lewandowski, dla którego był to, jak sam przyznał, „największy sukces w karierze”.

Ten bieg należy rozpatrywać w dwóch obszarach. To nie był szybki bieg, co wcale nie znaczy, że był łatwy. W tak prowadzonej rywalizacji należy wykazać się sprytem, mądrością, analizą na bieżąco tego, co się dzieje w stawce. Lewandowski to zrobił idealnie. Dlaczego to zrobił idealnie? To jest ten drugi obszar. Bo jest zawodnikiem bardzo doświadczonym. I był też przygotowany. To, że on zajął w eliminacjach miejsce nie dające mu bezpośredniego awansu do finału, to wcale nie znaczyło, że był gorszy. Startowanie w mistrzostwach ma inną specyfikę niż podczas jednorazowego mityngu. Krótko mówiąc: Lewandowski zrobił trening siłowy bezpośrednio przed eliminacjami, co skutkowało nieco gorszą – co potwierdzili także trenerzy – dyspozycją w trakcie biegu eliminacyjnego. I już dobrą, optymalną podczas finału.

Podjął zatem niezłe ryzyko.

W pewnym sensie tak. Jeżeli mowa o jakimkolwiek błędzie, to Marcin mógł pewnie nieco inaczej rozegrać końcówkę tego biegu w eliminacjach. A finał? Był, moim zdaniem, rozegrany rewelacyjnie, z pełną kontrolą. Lewandowski cały czas biegł przy wewnętrznej krawędzi bieżni i kontrolował ewentualną możliwość jego zamknięcia. Bo to jest ważne: gdy bieg jest bardzo wolny, to w pewnym momencie ta stawka rusza i to rusza w tempie morderczym. Takim, że jeżeli ktoś się zagapi na pół sekundy, to później nie ma szans, by liczył się w stawce. I tutaj piątka z plusem dla niego. Bo zachował się idealnie. W odpowiednim momencie wystartował, zajął pozycję, która stwarzała pewien dyskomfort dla rywali. Poza tym, Lewandowski musiał być formie. W przeciwnym razie nie wytrzymałby, a on jeszcze pokonał jednego rywala na końcowych metrach. Czapka z głowy i wielkie gratulacje dla niego.

Brązowy medal zdobył tyczkarz Piotr Lisek. Nienasyceni eksperci lepszego wyniku spodziewali się po bydgoszczaninie Pawle Wojciechowskim. Co się z nim stało? Bo przed Birmingham różnica między nimi nie była taka, jak w trakcie HMŚ.

Pawła znam osobiście od wielu lat. Oczywiście między nim a Liskiem nie było żadnej różnicy. Przecież Wojciechowski pod koniec lutego we Francji skoczył 5,88 m, więc pobił swój rekord życiowy w hali. Nie może być zatem mowy o braku formy. Myślę, że w jego przypadku przyczyny należy się doszukiwać w sferze mentalnej i dyspozycji dnia. Obserwowałem Pawła na chwilę przed konkursem w Birmingham. On był taki jakby wycofany. W trakcie rozgrzewki widać było, że błądzi gdzieś wzrokiem. Siedział na ławce, spoglądał to w lewo, to w prawo. Chyba ta sfera psychiczna odegrała tutaj istotną rolę. Może trochę też presja? Zdawał sobie przecież sprawę, że może być bardzo wysoko, skacząc tyle, co zwykle. Ale, z drugiej strony, miał świadomość, że jest potężna konkurencja. I tu trzeba podkreślić jedną rzecz.

Jaką?

Średni poziom był bardzo wysoki. Z tego, co pamiętam, to chyba osiem wyników było w granicach 5,80 m. To się rzadko zdarza. A fakt, że nikt nie skoczył 6 metrów… Laik może twierdzić, że „no, nie było fajerwerków”. Nic bardziej mylnego. W pewnym momencie ani Renaud Lavillenie ani Sam Kendricks, czy Piotrek Lisek nie byli na podium. Faworyci byli na dalszych miejscach, co pokazało, że poziom był wysoki. Myślę, że ta presja trochę ściągnęła w dół Wojciechowskiego.

A Lisek?

On sobie z tą presją poradził. Skakał świetnie, choć popełnił jeden błąd. Uważam, że on był najbliżej pokonania poprzeczki na 5,90 m. Oczywiście – później wyżej skoczył Lavillenie, ale pamiętajmy o jednej sprawie. Francuz skacze doskonale, gdy nie ma presji. Jeśli się pojawia i ciąży na nim, to wówczas się myli, co już kilka razy pokazał. Ten konkurs by zupełnie inaczej wyglądał, gdyby poprzeczka po skoku Liska została na swoim miejscu. Tutaj zresztą też była kontrowersja…

?

Bodaj na Facebooku kursowało zdjęcie poprzeczki przed skokiem Liska. Ona, na tych patyczkach na których leży, była nie do końca dosunięta do wewnętrznej części stojaka. A ona, jak pan pamięta, spadła tak bardzo, bardzo delikatnie. Gdyby sędziowie to przypilnowali, to kto wie? Mogłoby być różnie. Ale, co chciałbym podkreślić, brązowy medal jest jego wielkim sukcesem. Lisek już kolejny raz potwierdził swoją klasę. To jest już tyczkarz kompletny, który jest w ścisłej czołówce światowej. Za chwilę może być pierwszy, ale – w tak silnej obsadzie – równie dobrze i piąty. Bo taką mamy w tej chwili tyczkę na świecie.

W opinii wielu obserwatorów na całej linii zawiedli, co prawda w „kosmicznym” konkursie jeśli chodzi o wyniki, kulomioci: Michał Haratyk i Konrad Bukowiecki. Ten drugi na chwilę przed mistrzostwami osiągnął fenomenalny wynik 22 metrów podczas silnie obsadzonego mityngu Copernicus Cup w Toruniu, gdzie także startował z kontuzją. Zjadła ich presja?

Na pewno tak. Ale tutaj jest jeszcze jeden element. Bukowiecki to bardzo młody zawodnik, a Haratyk jest młody stażem w tej grupie najlepszych kulomiotów świata. Z tym wiąże się taki brak ogłady w finałowych konkursach. Ale i tutaj – znowu – warto zwrócić uwagę na kolejny aspekt. Technika obrotowa jest techniką bardzo mało stabilną. Trzeba być zawodnikiem dojrzałym, żeby móc nad nią zapanować. Trzeba ją opanować wtedy, kiedy jest wysoka forma. Bukowiecki na rozgrzewce pchnął na luzie w okolicach 21,20-21,40 metrów. W finale pchnął o wiele bliżej, bo się sprężył, a mocne, przygotowane i świeże nogi ciągnęły po za bardzo pod próg. A więc łapał pozycję wyrzutnią nieco zbyt wąsko. To spowodowało, że przy wypychaniu kuli musiał zdecydowanie szybciej cofnąć biodro, żeby żadnego z tych pchnięć nie spalić.

Strasznie to skomplikowane…

To jest uwaga, którą poznałem już oczywiście po konkursie po analizie trenera Ireneusza Bukowieckiego. To był klucz: zawodnik nawet w bardzo dobrej dyspozycji musi, w technice obrotowej, wybitnie się kontrolować. Jeden mały błąd kosztuje tu bardzo dużo. Generalnie jednak ci zawodnicy muszą jeszcze trochę poczekać. Bukowiecki to przecież jeszcze bardzo młody chłopak. Przed nim, myślę, spokojnie jakieś 10 lat pchania. A on parametry siłowe, motoryczne ma na takim poziomie, jak mało kto na świecie. Trzeba trochę „ogłady” technicznej, a będziemy mieli powody do dumy i z jego powodu.

A Michał Haratyk?

Tu podobnie. To także jest zawodnik bardzo utalentowany, co już kilka razy udowodnił. Ale, na co zwrócił pan uwagę, również w kuli konkurencja nie śpi. David Storl pcha fenomenalnie, Tomas Stanek też jest w wysokiej formie przez cały rok. A przecież nie było tych mocnych Amerykanów, którzy pojawią się pewnie w przyszłym roku. Uważam więc, że mentalnie trzeba przenieść się już poza barierę 22 metrów. Jeśli oczywiście myśli się o medalach na kolejnych imprezach.

Podczas HMŚ w Birmingham nie obyło się bez rozczarowań. Zawiodły m.in. Angelika Cichocka, czy sprinterki Anna Kiełbasińska i Ewa Swoboda. Ciekawy jest przypadek tej ostatniej sportsmenki.

Przede wszystkim nie mogę zgodzić się z tym, że nie udało się Kiełbasińskiej. Wręcz przeciwnie – bardzo wysoko oceniam jej start. Nikt o zdrowych zmysłach nie wyobrażał sobie, że Ania w Birmingham jest w stanie osiągnąć coś wielkiego na dystansie 60 metrów, także analizując przebieg jej sezonu. Ania, jak pan wie, w tym roku poprawiła rekord Polski na 300 metrów, więc ona już pewnie pozycjonuje się w dystansach niech dłuższych. A w mojej opinii Kiełbasińska może być kimś takim, jak Karol Zalewski w sztafecie męskiej. A zatem w sztafecie pań będzie ktoś, kto w hali po pierwszych 200 metrach będzie w stanie być blisko czołówki. Bo jest szybka, bo wywodzi się ze sprintu. Ania zaprezentowała się nieźle. Wyrównała swój najlepszy tegoroczny wynik.

A jak wygląda sytuacja Ewy Swobody?

Nieco inaczej. Jeszcze dwa lata temu, gdy biła rekord świata juniorów w Toruniu była zawodniczką, która nie miała kompletnie nic do stracenia. Nie miała nad sobą żadnej presji. Nikt od niej niczego nie oczekiwał. Była, i jest zresztą nadal, piekielnie zdolną sprinterką, która biła – bez presji – wszystkie stare rekordy. Oczekiwania wzrosły, gdy pobiegła w Copernicus Cup 7,07 s. Wówczas każdy zaczął się jej przypatrywać, była oceniania. Zdobyła co prawda brązowy medal w Belgradzie podczas HME, ale jej wynik był daleki od tych najlepszych. W tym roku było trochę lepiej, ale to nadal nie było to. Jej trenerka wielokrotnie podkreślała , że ona na treningach się specjalnie nie różni. Że biega podobnie. Wniosek z tego płynie taki, że ci młodzi zawodnicy muszą pamiętać o sferze związanej z balastem oczekiwań. I na każdą imprezę powinni przyjeżdżać bez kompleksów, bo na tym się świat nie kończy. Sport jest piękną, fantastyczną zabawą, do której oczywiście też nie można podchodzić ze zbyt dużą nonszalancją. Z drugiej strony naprawdę na sporcie świat się nie kończy. Nie potrzeba też wywierać na samym sobie zbyt wielkiej presji. Dla tych młodych wyniki niedługo przyjdą same, przyjdzie stabilizacja. Co, jeżeli rywale na to pozwolą, będzie skutkowało medalami.

Na tym tle sportowcem z innej planety jest ten, którego nie bez przyczyny nazywa się „profesorem”, a więc Adam Kszczot. Zdaniem jego trenera Zbigniewa Króla, stać go na medal za dwa lata podczas igrzysk olimpijskich w Tokio.

To chyba najdłuższa kariera, jaką pamiętam. Adam pierwsze swoje medale zdobywał jakieś osiem lat temu. Więc ta passa trwa już długo. Z przerwą na igrzyska, gdzie Adam z różnych powodów, nie awansował do finałów. Moim zdaniem jest zawodnikiem na topie. „Profesorem”, bo przeżył chyba każdy możliwy wariant biegu. Wie, jak się zachować w każdej sytuacji. Jeżeli więc ma się takie doświadczenie, to trzeba życzyć tylko zdrowia. Jeśli wszystko będzie ok, to oczywiście ma szanse na medal w Tokio. Nawet na złoty. Ale to jeszcze dwa lata, jeszcze trochę czasu. Trzymajmy kciuki za zdrowie Adama! Nie odpowiedziałem panu odnośnie Angeliki Cichockiej…

A, faktycznie.

Ona miała delikatny problem z mięśniem dwugłowym. A nawet jeśli to nie są poważne bóle, to one istotnie wpływają na komfort biegania. Poza tym, miała bardzo trudno. W jej biegu do finału awansowała tylko jednak zawodniczka. No i jest jeszcze jedna kwestia…

?

Triumfatorka biegu na 800 metrów (Francine Niyonsaba – przyp. red) w moim przekonaniu nie powinna dostać tego złotego medalu. Dopóki IAAF nie wróci do pierwotnych przepisów odnośnie poziomu testosteronu, ta zawodniczka nie powinna biegać z kobietami. Jest to po prostu niesprawiedliwe.