Morze nie wybacza błędów

Morze nie wybacza błędów

PAP Life: Czy taki sukces jak zwycięstwo w regatach St. Maarten, dodaje wiatru w żagle?

Jasiek Chudzik: Na pewno jest to nasz pierwszy kamień milowy w przygotowaniach do kolejnych regat. Wynik tych regat był piękny. Dzięki udziałowi w nich wiemy, co pod względem pracy załogi chcemy jeszcze poprawić. Będziemy dążyć do doskonałości, ale przed nami jeszcze długa droga. Startując w regatach, reprezentujemy naszą ojczyznę, cały projekt to promocja Polski, zatem dobry wynik w prestiżowych zawodach to dobre imię Polski. Cały czas tym się kierujemy, podchodzimy to tego honorowo.

PAP Life: Czy te regaty pokazały pewne niedociągnięcia, to, nad czym jeszcze należy popracować? Mieliście stosunkowo mało czasu na zgranie całej ekipy i „zadomowienie się” na „I Love Poland”?

Jarosław Kaczorowski: Naszym priorytetem są treningi, bo to one łączą nas jako zespół w zderzeniu z żywiołem, ale i budują nasze przygotowanie do kolejnych regat. Dzięki naszym mecenasom, Polskiej Fundacji Narodowej, możemy spokojnie pracować nad precyzją ruchów, docierać się jako grupa osób z różnymi charakterami. Te regaty pokazały, jak ciężko i solidnie trenowaliśmy przed udziałem w nich. Przez parę tygodni siedzieliśmy koło Lizbony, niemal codziennie pływaliśmy. Zanim wystartowaliśmy w regatach zrobiliśmy 12 tys. mil na tej łódce, w prawie niezmienionym składzie. Bardzo się cieszymy, że te pierwsze regaty zakończyły się sukcesem.

PAP Life: Jak wygląda taki trening?

J.K.: Jak w każdym sporcie – na dużej liczbie powtórzeń. Tylko, że w żeglarstwie jest o wiele więcej zmiennych. Jest nas dziewięciu, takiej stałej załogi, ale na regaty musimy mieć 14 osób. Na treningach musimy się nauczyć pewnej odpowiedzialności za poszczególne obszary na łódce, na tyle, że jak przyjdą nowi ludzie, możemy ich pilnować. Można powiedzieć, że łódka podzielona jest na „departamenty” i każdy ma swój departament, za który odpowiada. Dzięki temu, możemy zadbać o bezpieczeństwo własne i osób, które do nas przychodzą, a które na co dzień z nami nie trenują. Należy pamiętać, że ta łódka jest bardzo wymagająca. No i po drugie, zależy nam na dobrym wyniku sportowym.

PAP Life: Ale chyba też uczycie się siebie?

J.Ch.: Myślę, że jesteśmy na tyle podobni pod względem charakterów, jeżeli chodzi o nasze idee, cele, że na szczęście odbywa się to bez jakiś spięć. Wszyscy wiemy, co mamy robić, znamy hierarchię. Mogę powiedzieć, że po roku wspólnej pracy odbywa się to bezproblemowo.

J.K.: Dążymy do tego, żeby się porozumiewać niewerbalnie. Dla nas samych poczucie bezpieczeństwa i tego, że osiągnęliśmy wysoki poziom jest wtedy, kiedy prawie nic nie mówimy, kiedy porozumiewamy się gestami, spojrzeniami i krótkimi komendami. Musimy nauczyć się porozumiewać w nocy, kiedy jest silny wiatr i nic nie słychać. Wtedy komunikujemy się tak, że świecimy sobie latarkami na ręce i pokazujemy sobie na dłoniach czy wybrać, czy poluzować, czy coś puścić, czy zatrzymać. Im ciszej jest na łódce, tym lepiej. Do portu wchodzimy tak, że w ogóle nas nie słychać.

PAP Life: To zostało docenione. Jak się wpływa do portu w najpiękniejszym stylu?

J.Ch.: To była konkurencja dodatkowa, wymyślona tylko na te regaty. W porcie na wyspie jest otwierany most i wszystkie łódki przepływają w jednym momencie. Ponieważ te regaty chwalą się tym, że są „serious fun and serious sailing” – z jednej strony na wodzie mamy poważne regaty, a z drugiej strony, na lądzie, mamy poważną zabawę. Regaty utrzymane są w tej konwencji. Jedną z konkurencji wymyślonych przez organizatorów był konkurs na najlepsze wpłynięcie do portu. Trzy razy przechodziliśmy przez ten most i za każdym razem wykonywaliśmy małą „choreografię”. Przy ostatnim wykonaliśmy popisowy numer. Wymyśliliśmy, że na maszcie podwiesimy człowieka z rowerem, który będzie pedałować w powietrzu. Za tę sztuczkę akrobatyczną zostaliśmy nagrodzeni. Ciekawostką był rower, czyli kultowe Wigry, który mamy ze sobą na pokładzie.

J.K.: Tym człowiekiem był Jasiek.

PAP Life: Czyli na wodach to jest taniec na linie, dopływając do portu to jest taniec na wodzie.

J.K.: Ale jeszcze ciekawszą nagrodę otrzymaliśmy jako załoga w kategorii „spirit and style”. Jest to nagroda przyznawana przez społeczność wyspy. Nasza postawa zarówno na wodzie, jak i na lądzie, bardzo się spodobała. Byliśmy bardzo lubiani, doceniono też nasze podejście do rygoru, jaki sobie narzucamy – np. nacisk na sen zapewniający witalność. Ponadto ja, co prawda jestem niewielki, ale moi chłopcy są duzi – wysocy, wysportowani – wiec bardzo się wyróżniali i zjednali sobie wielu sympatyków. Tłumaczono nam, że jest to bardzo ważne wyróżnienie, przyznawane przez społeczność dla tych, którzy najlepiej wpłynęli na wizerunek regat. Do gustu przypadła nie tylko nasza łódka, ale i załoga.

Ta wyspa przeżyła kataklizm trzy lata temu, została spustoszona przez huragan. Dlatego bardzo zależy im na tych regatach, na ich dobrym wizerunku, to nas w pewien sposób łączy – chcemy dobrze dla swoich ojczyzn.

PAP Life: Po krótkim odpoczynku wypływacie dalej. Gdzie?

J.Ch.: Aktualnie stoimy na Florydzie, będziemy płynąć do Nowego Jorku w ramach działań promujących Polskę. Następnie wracamy do kraju w celu przygotowania łódki przed regatami Fastnet, a następnie regatami Sydney-Hobart. W czerwcu w Polsce będziemy przygotowywać się do tych dwóch sprawdzianów.

PAP Life: Łódź to wasz pierwszy, drugi dom?

J.Ch.: Mój jest pierwszy. Od roku jestem w projekcie i tam gdzie łódka, tam mam dom.

PAP Life: Jak w każdym sporcie istotne jest kształcenie kolejnych pokoleń, tej młodej krwi, która cały czas pompuje ducha walki. Czy w Polsce mamy już to „zaplecze”?

J.K.: Mam takie odczucie, że moje pokolenie miało to szczęście, że mogliśmy się nauczyć żeglarstwa oceanicznego i poszliśmy gdzieś w świat. Jest nas 10 może 15. Ale za nami była pustka, brakowało następnego pokolenia. Dlatego pomyślałem, że trzeba zebrać ludzi z mojego pokolenia i przekazać tę wiedzę takim dwudziestoparolatkom, żeby też mieli szanse na takie życie jak my mamy.

PAP Life: Jakie cechy ten sport wykształca w młodych ludziach?

J.K.: Jesteśmy spokojni, cierpliwi, chociaż pewnie moja żona miałaby inne zdanie. Nie jesteśmy jednak zwykłym teamem żeglarskim, tylko reprezentantami Polski, musimy nieść z dumą nasze barwy narodowe, więc tym większe jest wyzwanie i poczucie misji.

J.Ch.: Na pewno uczy współpracy, powagi dla tego, co robimy. Morze nie wybacza błędów, zwłaszcza na takiej łódce, każdy błąd może kosztować zdrowie, a nawet życie. Dodatkowo na pewno planowania, brania odpowiedzialności za siebie i innych.

PAP Life: Żeglarstwo poszerza horyzonty nie tylko te dosłowne.

J.K.: Staramy się zawsze coś ciekawego w okolicy znaleźć, żeby poznać inne rzeczy niż żeglarstwo. Znajdujemy czas na takie zwyczajne zainteresowania, jak wszyscy.

J.Ch.: Myślę, że trzeba też odreagować to, że spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę, na niewielkiej powierzchni. Dla naszego zdrowia psychicznego fajnie jest gdzieś wyjść i zobaczyć coś innego, nie tylko wnętrze czarnej łódki.

Z Jarosławem Kaczorowskim, kapitanem jachtu „I Love Poland”, i Jaśkiem Chudzikiem, członkiem załogi, rozmawiała Monika Dzwonnik (PAP Life).

mdn/ jbr/