Czyli jednak można normalnie… ?

  • Redakcja

Wszyscy dobrze pamiętamy, jakie „emocje” rok temu towarzyszyły ewentualnemu odejściu Antoine’a Griezmanna z Atletico. Saga wydawała się nie mieć końca, jej bohater – jak na dobrą, południowoamerykańską telenowelę przystało – co chwila zmieniał zdanie, kluczył, mylił tropy, bywał tajemniczy. Biorąc pod uwagę wydarzenia sprzed roku, wczorajsze zakomunikowanie o opuszczeniu klubu z Wanda Metropolitano to pikuś. Nudy w zwyczajnej formie. Nawet to, gdzie trafi mistrz świata, wydaje się przesądzone. Chyba, że na tym polu nastąpią gwałtowne zwroty akcji.

Z perspektywy krótkiego przecież czasu, bo zaledwie roku, patosik w np. takim stylu Czuję presję, aby pokazać wszystkim, że się nie pomyliłem i wierzę w drużynę, a także moich kolegów. Otrzymałem zapewnienia o mocnym projekcie Atletico i wzmocnieniach drużyny. Klub robi wszystko, by się rozwijać, byśmy mogli zwyciężyć w Lidze Mistrzów na naszym stadionie”, o albo takim: Czuję presję, by wszystko skończyło się dobrze… Chcę wygrać Ligę Mistrzów, bo czegoś nam jeszcze brakuje” – jest śmieszny. Groteskowy. Powyższe cytaty, zahaczające non stop o LM, zostały wzięte z nazbyt długiego filmu dokumentalnego „La decicion”, opowiadającego o „cierpieniach” Griezmanna w związku z podjęciem decyzji.

Za powyższy film, który poszedł w Movistar+ – co ciekawe – odpowiadała firma należąca do Gerarda Pique. Defensor Barcelony musiał się trochę z tego tłumaczyć, w końcu to właśnie z Dumą Katalonii łączono postać Francuza. Skończyło się na ogromnej podwyżce pensji (do 21 mln euro rocznie) i ostatecznie tylko sezonie gry dla Rojiblancos, w którym Antoine zdobył 21 goli i zaliczył 10 asyst, co w 47 meczach nie mogło być dla piłkarza tego pokroju zadowalające. No i na 1/8 finału skończyły się jego marzenia o wywalczeniu Ligi Mistrzów przed swoja publicznością.

Nie mamy wątpliwości, że ambicje Antoniego sięgają naprawdę wysoko. W końcu swego czasu powiedział o sobie: „mogę zasiadać przy tym samym stole, co Leo Messi i Cristiano Ronaldo”. Znaczy nie ustępuje im. Jest równy dwóm fenomenalnym piłkarskim herosom, co można było odebrać bardziej jako wyraz jego bufonady, zapatrzenia w siebie niż realnego oglądu sytuacji. Oczywiście, nie twierdzimy, że Griezmann stoi  w znacznej odległości od wspomnianej dwójki. Albo leży pod tym „stołem”. Nie. Francuz był wszak liderem swojej drużyny, która w Rosji zdobyła mistrzostwo świata. Od 1 lipca zaś jego cena na rynku transferowym wynosić będzie 120 mln euro (taką kwotę odstępnego ma zapisaną w kontrakcie), a ta przez wielu traktowana jest w kategoriach promocji. Promocji na jednego z najwybitniejszych obecnie zawodników świata.

Nie dziwi zatem, że w kolejce po 28-latka ustawiły się już dwie poważne firmy, jak świeżo upieczony mistrz Anglii Manchester City i prawdopodobny mistrz Niemiec Bayern Monachium. Już od roku jednak najbliżej sprowadzenia Griezmanna jest Barcelona – jeśli nie trafi on na Camp Nou, wówczas będzie to niespodzianka porównywalna do tej sprzed kuriozalnego, patetyczno-śmiesznego dokumentu. I wyraz pewnego tchórzostwa samego zawodnika, który występując w Barcelonie, miałby szansę w bliskiej odległości zweryfikować swoją opinię na temat futbolowej bliskości z Messim.