Woffinden na pewno pyta: O co tu k… kaman?

  • Redakcja

Władze naszej PGE Ekstraligi lubią zaskakiwać. Od rana we Wrocławiu piękna słoneczna pogoda, wczorajsze prognozy na dziś były bardzo dobre, a mimo to mecz Betardu Sparty przeciwko truly.work Stali Gorzów został odwołany. Owszem, burze też były zapowiadane, ale jak na razie mamy „burze” na różnych forach kibicowskich. Niektórzy sugerują, że tak szybka decyzja związana jest z kontuzją lidera miejscowych, Macieja Janowskiego.

Trudno się dziwić podobnym teoriom spiskowym. Janowski ma wrócić na Grand Prix Polski, a więc inauguruję walki o tegoroczny tytuł mistrza świata. Dzień później zaś kapitan Sparty weźmie zapewne udział w także przełożonym meczu z Get Well Toruń. I o ile odwołanie spotkania z torunianami nie budziło większych sprzeciwów, o tyle sytuacja dzisiejsza to już kontrowersja w pełni. Jest jednak coś, co łączy oba te wydarzenia.

Jeśli, tak jak w planowanym meczu przeciwko Aniołom, padało, czy tak jak ponoć dzisiaj – ma gwałtownie padać, to może wato zastanowić się nad przykryciem toru zagrożonego deszczem plandeką. Taką prostą, najzwyklejszą, szarą. Czymś, co ostatnio uratowało 1. półfinał Speedway of Nations w Landshut. W Polsce mało kto wierzył w odjechanie turnieju. Tym bardziej, gdy po sieci zaczęło hulać zdjęcie z ośnieżonego (!) poranka w tej bawarskiej miejscowości. No i co? Organizatorzy SoN, tak krytykowani nad Wisłą, tym razem sprawili się bez zarzutu. Może, skoro jesteśmy tacy „najlepsi”  w żużlowym wszechświecie, warto byłoby przetransportować pewne i proste pomysły do naszego kraju. I przestać tyle płakać, gdy z nieba trochę posiąpi przed meczem. To kiedyś było nie do pomyślenia, a tory w typie tzw. bydgoskiej kopy stanowiły normę. Nie postulujemy, rzecz jasna, powrotu do czasów słusznie minionych, mało profesjonalnych. Ale robienie przede wszystkim równych, tylko lekko przyczepnych torów w lidze może się zemścić na naszych reprezentantach w cyklu Grand Prix, gdzie ta różnorodność jest znacznie większa. Może też dlatego tak długo czekamy na kolejnego – po Tomaszu Gollobie – mistrza świata?

„Mistrzami świata” naszej ligi są – według niektórych – żużlowcy Speed Car Motoru Lublin. Beniaminek PGE Ekstraligi, jeśli deszcz nie przeszkodzi, pojedzie dziś w spotkaniu przeciwko Stelmetowi Falubazowi. To będzie kolejny poważny test lublinian. I o ile cztery poprzednie wyszły nadspodziewanie dobrze (no, może starciem u siebie z osłabioną Fogo Unią Leszno), o tyle na torze w Zielonej Górze o ligowe punkty będzie ekstremalne ciężko. „Dream-team” Adama Skórnickiego łapie właściwy rytm. Pomogły w tym roszady w układzie par oraz pewniejsza jazda juniora, Norberta Krakowiaka. Czy lublinianie zdołają – jeszcze bez Grigorija Łaguty – powalczyć na tak trudnym terenie? Wydaje nam się, choć życzymy beniaminkowi jak najlepiej, że niedługo może na dobre prysnąć „magia Motoru” i to, co paradoksalne, nawet w obliczu powrotu Rosjanina do składu. Lider wymusza pewne zachowania wśród innych, obniża ciśnienie i czujność panującą wśród tzw. średniaków. Poza tym, wielu fanów przepowiada lublinianom rychłe zacięcie formy wraz z ustabilizowaniem pogody oraz pierwszymi remontami silników. Dzisiejsze spotkanie w Zielonej Górze to także „ostatni dzwonek” dla Andreasa Jonssona i Roberta Lamberta, a więc zawodników, którzy mieli ciągnąć wynik, a nieoczekiwanie są balastem dla drużyny. Szwed może jeszcze odczuwać skutki wypadku na inaugurację ligi. 21-letni Brytyjczyk zaś sprawia wrażenie silnie przestraszonego poziomem polskiej ligi – zdecydowanie zbyt późno, mimo młodego wieku, zdecydował się na starty w PGEE.

Kursy w forBET na piątkową PGE Ekstraligę:

18.00 Falubaz Zielona Góra vs. Motor Lublin: 1 – 1.02, X – 19.00, 2 – 13.00