Spurs wypadają z gry. Bo gwiazdor „nie słyszał” coacha?

  • Redakcja

30 sekund do końca i 4 punkty straty – tak wyglądała sytuacja San Antonio Spurs w siódmym, decydującym starciu pierwszej rundy play-offs z Denver Nuggets, kiedy DeMar DeRozan zdecydował się na kluczową akcję rzutową. Piłkę wypuszczoną z rąk w kierunku kosza przez lidera Ostróg zbił jednak w kapitalny sposób Torrey Craig, a po chwili zbiórkę zaliczył lider gospodarzy Nikola Jokić. Sytuacja wydawała się dość jasna z punktu widzenia podopiecznych Gregga Popovicha, plan mógł być tylko jeden: natychmiastowy faul, potem błyskawiczna, skuteczna akcja i jeszcze nie wszystko stracone, w końcu nie takie rzeczy działy się w NBA.

Jak ogromne musiało być zaskoczenie kibiców z Teksasu gdy okazało się, że ich ulubieńcy nie zdecydowali się na ten oczywisty krok. Gospodarze dograli więc ostatnią akcję do końca, po czym na zegarze zostało kilka sekund, w trakcie których Spurs nawet nie zdołali przekozłować połowy. Nieprawdopodobnie zacięta rywalizacja, jedyna w dotychczasowych play-offach ligi zawodowej, która do rozstrzygnięcia wymagała siedmiu pojedynków, zakończyła się w absurdalny sposób.

Po meczu w ogniu pytań znalazł się gwiazdor gospodarzy LaMarcus Aldridge. Na nagraniach z ostatniej akcji meczu widać bowiem wyraźnie, jak Popovich wychodzi z siebie, by przekazać swojemu zawodnikowi, będącemu najbliżej gracza z piłką, kluczową wskazówkę – legendarny trener w pewnym momencie wszedł dobry metr w głąb parkietu, by być usłyszanym bądź zauważonym przez podkoszowego. Bez skutku, można nawet odnieść absurdalne wrażenie, że jego as celowo unika spojrzenia w stronę coacha.

– Nie słyszałem nic i nie sfaulowałem – odpowiedział dziennikarzom po spotkaniu Aldridge, podobnie brzmiała wersja przedstawiona na pomeczowej konferencji przez opiekuna zespołu z San Antonio. „LaMarcus nic nie słyszał dzięki wsparciu fanów, to się nazywa przewaga własnego parkietu” – radują się w mediach społecznościowych sympatycy Nuggets, ale wśród internautów dominuje inna opinia. „Nie potrzeba coucha by wiedzieć, że w takiej sytuacji faul to konieczność” to najpopularniejszy komentarz pod oficjalnym wideo z meczowym skrótem i nie sposób się z nim nie zgodzić. To dziwne, że żaden z doświadczonych koszykarzy jednego z najbardziej utytułowanych klubów NBA nie zdecydował się na przerwanie akcji.

Wraz z końcową syreną w Denver zakończył się pierwszy etap play-offs, w weekend rozegrano już natomiast pierwsze spotkania półfinałowe obu konferencji. Pozorną niespodzianką zakończył się mecz w Milwaukee, gdzie faworyzowani Bucks ponieśli sromotną klęskę z Boston Celtics. Wydaje się jednak, że eksperci i bukmacherzy nie docenili po prostu siły Celtów, którzy w sezonie zasadniczym z całą pewnością nie grali na 100% możliwości. Wraz z rozpoczęciem decydującej rywalizacji ubiegłoroczni finaliści play-off Wschodu wrzucili jednak wyższy bieg, rozbili w pył Indiana Pacers, a w niedziele udowodnili swój gigantyczny potencjał w starciu z najwyżej notowaną drużyną ligi. Przeciętny wynik zanotował gwiazdor gospodarzy Giannis Antetokounmpo, kapitalnie powstrzymywany między innymi przez doświadczonego Ala Horforda. W pozostałych spotkaniach wygrywali faworyci, Toronto Raptors prowadzeni przez Kawhi Leonarda przyćmili gwiazdy Philladelphia 76ers, a Golden State Warriors po zaciętej końcówce odnotowali pierwsze zwycięstwo w hitowej rywalizacji z Houston Rockets. Na samym finiszu spotkania z parkietu wyrzucony został jeden z liderów gości Chris Paul, który natarł na jednego z arbitrów.