„Jak nie reklamować Ekstraklasy” – uczy Piotr Stokowiec

  • Redakcja

Największe emocje tego sezonu Ekstraklasy przed nami – już w najbliższy weekend wystartuje faza finałowa, która bezpośrednio zadecyduje o końcowym kształcie ligowej tabeli. Sporo emocji przyniosła najpierw jednak 30. kolejka naszej ligi – szczególnie ważnym wynikiem było zwycięstwo Cracovii 4:2 nad Lechią Gdańsk. Po meczu Piotr Stokowiec, szkoleniowiec gości, stwierdził, że jeżeli ktoś narzeka na poziom Ekstraklasy, powinien wykupić tani lot i obejrzeć spotkanie np. Ligi Mistrzów. Trzeba przyznać, że tak kreatywnego rozwiązania wszelkich problemów palących naszą ligę się nie spodziewaliśmy…

Czyli możemy się wszyscy rozejść – taki, a nie inny poziom Ekstraklasy, a także jej największe kłopoty podyktowane są przez zbyt niskie ceny wejściówek. Padła nawet określona kwota – 10 zł. To sprawdźmy, na który zespół kupimy jakikolwiek bilet normalny za wspomnianą wcześniej „dychę”:

Arka Gdynia: NIE

Cracovia: NIE

Górnik Zabrze: NIE

Jagiellonia Białystok: NIE

Lechia Gdańsk (!): NIE

Lech Poznań: NIE

Legia Warszawa: NIE

Miedź Legnica: NIE

Piast Gliwice: NIE

Śląsk Wrocław: NIE

Wisła Kraków: NIE

Wisła Płock: NIE

Zagłębi Lubin: NIE

Zagłębie Sosnowiec: NIE

Średnio za najtańszy bilet wydamy przynajmniej 15 złotych (jeżeli, oczywiście, nie obowiązuje nas żadna zniżka). Wiemy jednak, że w wykonaniu byłego szkoleniowca Polonii Warszawa była to pewnego rodzaju metafora odnosząca się do faktu, że w naszym kraju bilety na mecze najwyższej ligi nie są specjalnie drogie. Czy natomiast w jakimś stopniu cena może stanowić alibi dla takiego, a nie innego poziomu danego wydarzenia? Niekoniecznie. Wszyscy pamiętający spotkanie Wisła Płock – Cracovia (3:2), które w czasie zbiegło się z El Clasico (Real – Barca 0:1). Oglądający dużo bardziej cenili sobie właśnie pojedynek na obiekcie Nafciarzy: podejrzewamy, że był on zdecydowanie mniej kosztowny aniżeli wycieczka do stolicy Hiszpanii… Z drugiej natomiast strony – zawsze można wynajdywać spotkanie ciekawsze od najważniejszego hitu piłkarskiego w Europie, lecz właśnie na tym polega fenomen wielkiego spotkania: wiedzą o nim wszyscy i praktycznie wszyscy chcą go obejrzeć. A tego raczej nie powiemy o przeciętnym meczu naszej Ekstraklasy.

To kolejna wypowiedź trenera klubu naszej ligi odnosząca się do aktualnych cen biletów. Jeszcze nie tak dawno Michał Probierz przyznawał, że mamy problem, aby wydać te 20 zł, przyjść, nawet powyzywać, ale pojawić się na stadionie. Teraz chyba sytuacja uległa zdecydowanej poprawie, skoro Piotr Stokowiec zaprasza wszystkich na futbolowe wycieczki po Europie: na miejscach wyjeżdżających pojawią się przecież masy od dawna czekające na możliwość zobaczenia starcia typu Zagłębie Sosnowiec vs. Wisła Płock (sobotnia frekwencja: 3004 widzów). Tak to, niestety, nie działa i choć rozumiemy nerwówkę związaną z utratą trzech punktów oraz zrównaniem punktami z Legią Warszawa, takie słowa naprawdę mogą wywoływać zdziwienie. Bo trudno nie zgodzić się z całą wypowiedzią Piotra Stokowca – padło wiele słów bardzo sensownych o potrzebie ogólnego rozwoju rozgrywek, a także współpracy, lecz bardzo ciężko zgodzić się z częścią o niedoszacowaniu potencjału ligi czy klubów. Inwestowane są co rok przecież bardzo poważne kwoty, przewyższające nawet kilkukrotnie budżety rywali, z którymi rodzime kluby odpadały w ostatnich eliminacjach europejskich pucharach. Nie wymagamy od Lechii czy Legii, żeby z automatu była Slavią 2.0, ale pewne szczeble eliminacyjne przechodzić to wręcz obowiązek: a przynajmniej nie corocznie się w nich kompromitować. Jak natomiast można odnieść to do frekwencji na Ekstraklasie?

Kultura przychodzenia na stadion to bardzo złożony proces: najprościej jest, gdy zespołowi się wiedzie, a do tego gra z klubem pokroju Legii, Lecha, Wisły czy najważniejszego lokalnego rywala. Wtedy komplet jest zagwarantowany. Trzeba jednak zastanowić się, dlaczego ten sam człowiek nie chce przyjść na obiekt klubowy w tzw. „zwykły dzień meczowy”? I nie mówimy tutaj o ultrasie, który będzie z klubem na dobre i na złe. Mowa o człowieku interesującym się futbolem, mającym stosunkowo blisko na stadion i mogącego sobie pozwolić na bilet w przedziale 20 – 30 zł. Atmosfera na stadionie, ewentualne atrakcje, poczucie, że jest się częścią większego projektu: to wymaga ogromnych nakładów ze strony klubu, które często reklamując spotkanie idzie po najmniejszej linii oporu. Rozwieszony plakat, hasło „przyjdź i wspieraj” w Internecie: i w sumie tyle. Brakuje real – time marketingu na wysokim poziomie (choć niektóre kluby notują tutaj ogromne postępy niejako przełamując schemat), a nawet jakiejkolwiek próby innego dotarcia do fana. Niezbyt fortunnym jest może przywoływanie słynnego kebaba Arki Gdynia, ale po głębszym zastanowieniu: czy właśnie takie zaproszenie nie zostało w świadomości kibica bardziej niż kolejny plakat rozwieszony w okolicy dworca kolejowego? Cena biletu wydaje się być w tym momencie zdecydowanie najmniejszym problemem, skoro produkt i tak ciężko jest odpowiednio sprzedać.

I jasne, że od Ekstraklasy nie oczekujemy cudów, pojedynków pokroju Arsenal – Liverpool 4:4, czy najważniejszych klasyków europejskiej piłki w rodzimym wydaniu. Coś jednak jest nie tak, że tak wspaniale medialnie opakowany produkt z kilkoma programami na swój temat, analizami ekspertów czy doskonałym marketingiem, koniec końców wygląda tak źle. Być może polska piłka zachłysnęła się właśnie swoją medialnością – na nikim nie robi już wrażenia jakość transmisji ze wszystkich spotkań danej kolejki, a niektórzy starają się, by uniknąć choć jednej z nich. Naszym zdaniem warto zacząć właśnie od takich aspektów, aniżeli wysyłać kogokolwiek zagranicę i mówić o biletach za 10 zł. Jeżeli przeceniamy potencjał ligi oraz klubów, zwolnijmy, przestańmy się tak emocjonować i podchodźmy do rozgrywek z dystansem. Jeśli natomiast oczekujemy poważnej rywalizacji i mamy aspirować do fazy grupowej Ligi Europy – wymagajmy. Bardzo łatwo jest przesunąć środek ciężkości na malkontentów i mówić, że jak się nie podoba, to jedź sobie gdzie indziej. O wiele trudniej natomiast wdrożyć coś, co zamknie usta krytykom i sprawi, że coraz liczniejsze tłumy zaczną odwiedzać krajowe boiska. Od trenera aktualnego lidera Ekstraklasy wymagamy, aby raczej kreował właśnie to drugie rozwiązanie, aniżeli reklamował rozgrywki Ligi Mistrzów – coś nam się wydaje, że Champions League poradziłaby sobie nawet bez promocji ze strony Piotra Stokowca…

Karol Czyżewski