Ambitny Lublin, problemy w Toruniu, niewiarygodny Tai

  • Redakcja

Za nami 2. kolejka PGE Ekstraligi, która przyniosła kilka niespodzianek, znakomitych biegów i kontrowersji, które są nieodłącznymi elementami żużla. Szkoda tylko, że na kolejne emocje ligowe fani będą zmuszeni czekać prawie dwa tygodnie, a wieloletnia tradycja meczów w Lany Poniedziałek – przez wprowadzenie już w ubiegłym roku Speedway Slot Systemu, czyli przypisania lig do konkretnych dni tygodnia – została przerwana.

Tęgie lanie mieli w Gorzowie dostać lublinianie, którzy nadal w opinii wielu są skazywani na pożarcie i jakoś mało kto wierzy w możliwość utrzymania się Speed Car Motoru. Beniaminek PGE Ekstraligi zdaje się uparcie powtarzać: ludzie, zacznijcie nas traktować poważnie, bo jesteśmy ambitni i chcemy tu zostać na dłużej. Mniej więcej tymi słowami zresztą operował po meczu z truly.work Stalą Gorzów Mikkel Michelsen – gdyby nie przebudzenie w końcówce jego rodaka ze Stali Andersa Thomsena, to gorzowianie mogliby być w poważnych opałach. Mniej więcej takich, w jakich znajduje się obecnie ich krajowy lider Krzysztof Kasprzak. 34-latka w zdobywaniu punktów musiał wyręczać junior Rafał Karczmarz. Co więcej, w opinii zwłaszcza fanów z Lublina, sędzia Jerzy Najwer w dwóch sytuacjach także „wyręczył” gospodarzy, za każdym razem błędnie interpretując sytuację z Dawidem Lampartem. A to bezsensownie przerwał bieg, gdy ten już zszedł z toru po niegroźnym upadku, a to wykluczył go za dotknięcie taśmy – ta druga sytuacja była nieco mniej kontrowersyjna przez mocną niejednoznaczność:

Lublin więc pokazał, że jest groźny. A będzie – przynajmniej w teorii – bardziej, gdy wrócą Grigorij Łaguta i Grzegorz Zengota, choć z drugiej strony pewnie jest tak, że ci którzy są, czują większą odpowiedzialność. Nie wiadomo do końca, czy ich podejście nie zmieni się po powrocie liderów.

W Grudziądzu na przykład także czekają na kontuzjowanego Artioma Łagutę. Rosjanin ma już wystąpić za dwa tygodnie w Zielonej Górze. Tymczasem w meczu przeciwko forBET Włókniarzowi w jego buty wszedł Przemysław Pawlicki – jego akcje na grudziądzkim torze przypominały te za najlepszych czasów Tomasza Golloba. Pawlicki szukał prędkości tam, gdzie nikt się nie zapuszczał. Na świetnie przygotowanej do ścigania nawierzchni był wyjątkowo trudny do złapania i w pełni zmazał plamę z pierwszego nieudanego meczu w Lublinie. Faktem jest, że w ostatnim biegu poradziła sobie z nim skandynawska para Włókniarza: Fredriik Lindgren-Leon Madsen, niwelując tym samym przewagę GKM-u nad forBET-em do czterech punktów. Trener częstochowian Marek Cieślak ma problem ze zdobyczami i jazdą jako taką Adriana Miedzińskiego, ale jak sam przyznał w Magazynie Żużlowym, nadal mocno w niego wierzy. Czyżby przemiana przyszła już po świętach?

Na przemianę swoich zawodników wierzą także w Toruniu. Get Well po dwóch spotkaniach z ligowymi potentatami ma na swoim koncie okrągłe zero punktów. Ostatni mecz z mistrzem Polski Fogo Unią Leszno obnażył „bolące” miejsca: to głównie pozycje juniorskie, rezerwowego oraz polskiego seniora (Rune Holta potrzebny na już), a i Chrisa Holdera można traktować jako „półlidera” – Australijczyk i to po męczarniach jest w stanie wyprzedzić co najwyżej drugą linię mocnego rywala. Sprzęt sprzęt i jeszcze raz sprzęt – to mankament jego młodszego brata, Jacka. Bynajmniej jednak nie jego jakość (Ryszard Kowalski), a dopasowanie do toru, który w niedzielę był wyjątkowo twardy i nie pozwalał zawodnikom na wiele. „Na tym torze, jak ktoś się do niego nie „przykleił”, to naprawdę mógł mieć problem z prędkością, nie mówiąc już o wyprzedzaniu. Szpryca, do tego kurz, więc nie dość, że nic nie widzisz, to jeszcze pochłaniasz to, dusisz się i wszystko cię zatrzymuje. Oczywiście to zależy od desperacji zawodnika, który może jeszcze próbować np. odbijać się od band, choć akurat może nie dziś na Motoarenie. Torunianie byli stawiani pod ścianą, starali się gonić, ale z różnym skutkiem” – powiedział lider Byków, Janusz Kołodziej (po-bandzie.com.pl).

Kołodziej, Jason Doyle, Tai Woffinden – to zawodnicy, którzy już wydają się gotowi do startów w Grand Prix. Ten ostatni, broniący tytułu mistrza świata, wyczyniał prawdziwe cuda na swoim motocyklu w wygranym przez jego zespół 49:41 starciu ze Stelmet Falubazem. Manewr, jaki wykonał na Nickim Pedersenie – klasowym przecież jeźdźcu – w 7. biegu to było coś niesamowitego. Woffinden bez przerwy szukał prędkości, napędzał się jak oszalały, do tego stopnia, że na trzecim okrążeniu poważnie nim zachwiało. Ostatecznie minął Pedersena na samej linii mety. Majstersztyk.

Można żałować, że na kolejne tego typu ligowe akcje trzeba czekać aż dwa tygodnie. Z drugiej strony zaś, może to i lepiej – w końcu będzie szansa na stabilną, ciepłą pogodę, która nie tylko „zawoła” jeszcze więcej kibiców na trybuny, ale i sprawi mniej trudności gospodarzom w przygotowaniu przewidywalnych torów „pod siebie”. I do widowiskowej walki.

Jacek Hafka