Jak wygrywać, to tak, jak Tara Moore!

  • Redakcja

Turnieje rozgrywane pod egida ITF raczej nigdy nie będą interesować szerokiego grona odbiorców. Na dobrą sprawę interesują się nimi ci, którzy w nich rywalizują oraz grupa zapaleńców, którym nie wystarczają imprezy głównego cyklu. I niech żałują ci, którzy pogardliwie spoglądają w kierunku tych turniejów. Codziennie dzieją się w nich niezwykle ciekawe rzeczy – w końcu jest ku temu wiele okazji – każdego dnia do rywalizacji przystępują tysiące tenisistów i tenisistek z całego świata, a odbywają się setki meczów. ITF-y są prawdziwą kopalnią specyficznych sytuacji: od dziwnych statystyk do niebywałych powrotów. Jeden taki powrót we wtorek zanotowała Tara Moore..

Tara Moore to nie jest zawodniczka, która kiedykolwiek aspirowała do bycia „kimś” w tenisowym światku. Choć reprezentantka Wielkiej Brytanii na swoim koncie ma dziewięć triumfów w zawodach ITF, to jednak – powiedzmy sobie szczerze – takich jak ona jest wiele, a turniejowe wygrane na tym poziomie nie robią na nikim wrażenia. Obecnie 479. tenisistka rankingu WTA ma już 26 lat i nic nie wskazuje na to, aby miała zanotować nieoczekiwany skok w górę rankingu WTA. Raczej należy się spodziewać, że do swojego dorobku dopisze kilka kolejnych triumfów, a może, przy dobrych wiatrach, kiedyś zaznaczy swoją obecność w imprezach rangi WTA.

Brytyjka jednak nie musi się martwić, bowiem ma już coś, co będzie mogła opowiadać wnukom. A nie było ku temu żadnych przesłanek – jej wtorkowy mecz pierwszej rundy turnieju ITF w Sunderlandzie (w którym notabene występuje Maja Chwalińska) przeciwko dużo wyżej notowanej Jessice Ponchet mógł się zakończyć w niespełna godzinę wynikiem 6:0, 6:0 na korzyść Francuzki. Ta była od tego o krok, bowiem prowadziła 6:0, 5:0, 40-30. Jeśli ktoś śledził ten mecz z trybun (a to na turniejach ITF wcale nie jest takie oczywiste), to pewnie powoli zbierał się do wyjścia, albo spoglądał na plan gry w celu zapoznania się z kolejnym spotkaniem.

Nic z tego, gdyż obie tenisistki na korcie pozostały jeszcze ponad godzinę, a Moore dokonała niesamowitego. Nie tylko obroniła dwie piłki meczowe, ale także wygrała ten pojedynek 0:6, 7:6(7), 6:3! Zapewne nikt nie chciałby być w skórze Ponchet, która po takiej porażce mogła wpaść w naprawdę poważny dołek.

Powrót dnia, tygodnia, miesiąca, roku, WSZECHCZASÓW? 🔥Niesamowitych rzeczy w meczu pierwszej rundy turnieju rangi ITF…

Opublikowany przez Serwis na zewnątrz – tenisowy blog Michała Pochopień Wtorek, 9 kwietnia 2019

Powrót do świata żywych w wykonaniu Brytyjki bez wątpienia aspiruje do największych „comebacków” w historii tenisa – w tym momencie od razu na myśl nasuwa się mecz z 1995 roku pomiędzy Chandą Rubin a Janą Novotną. Utytułowana Czeszka w trzeciej rundzie Roland Garros prowadziła 6:7, 6:4, 5:0 40-0, co jednak nie wystarczyło do końcowego triumfu. Na nic zdało się dziewięć piłek meczowych, bowiem wówczas nastoletnia Rubin ostatecznie wygrała 7:6, 4:6, 8:6. Novotna, chociaż na swoim koncie miała dziesiątki wygranych turniejów, to jednak bardzo często była kojarzona właśnie z tym meczem.

Trudno znaleźć drugą dyscyplinę sportu, w której są możliwe tak spektakularne powroty, jak ma to miejsce w tenisie. Wszystko za sprawą punktacji, która powoduje, iż będąc nawet w wręcz fatalnym położeniu, można odwrócić losy pojedynku. Właśnie za to kochamy tenis!