Wspaniały powrót Lublina, Leszno z wielką mocą

  • Redakcja

Po inaugurującej sezon 2019 kolejce PGE Ekstraligi mamy dla Was kilka wniosków. Nie idą one zbyt daleko, bo nie mogą. Dajmy chłopakom porządnie wjechać w nowy rok startów. Nie ma co skreślać tych, którym się nie udało, a z drugiej strony – nie popadajmy w hurraoptymizm związany  ze świetną jazdą innych. Z zachowaniem pewnego umiaru ewidentnie miał problem, prowadzący w nSport pomeczową konferencję po spotkaniu w Lesznie, Gabriel Waliszko – straaasznie męczył on Macieja Janowskiego, chcąc go zapytać dosłownie o wszystko. Począwszy od tematu mistrzostwa, na juniorach skończywszy…

Thomsen ogarnął debiut, Falubaz rozjechał Get Well

Co do meczu w Lesznie, to aktualnie najlepsza drużyna w Polsce potwierdziła wysoką klasę. „To nie Wrocław jest taki słaby. To Fogo Unia jest tak silna” – przyznał przed kamerami mistrz świata Tai Woffinden. Brytyjczykowi nie wyszedł tylko jeden, pierwszy start. W pozostałych nie miał sobie równych: jego 16 punktów to prawie połowa z 40 całej drużyny. No właśnie – u wrocławian zabrakło punktów zwłaszcza Janowskiego oraz Maksyma Drabika. W pewnym momencie gospodarze wygrywali już różnicą 18 „oczek” i gdyby nie pobudka Betardu Sparty od 11. biegu, moglibyśmy być świadkami poważnego lania. Wynik 50:40 jeszcze jakoś wygląda, co nie zmienia faktu, że przed zespołem trenera Dariusza Śledzia sporo pracy ze sprzętem (podobnie jak w Get Well Toruń) – a trzeba dodać, że mistrzowie Polski jechali bez kontuzjowanego Jarosława Hampela…

A propos kontuzji. Do meczu-powrotu po 24 latach nieobecności w żużlowej elicie musiał stanąć mocno przetrzebiony (bez Grzegorza Zengoty i zawieszonego Grigorija Łaguty) zespół Speed Car Motoru Lublin. Co więcej, już w 4.biegu beniaminek PGE Ekstraligi, ku rozpaczy miejscowych fanów, musiał sobie radzić bez lidera Andreasa Jonssona. Szwed zahaczył o tylne koło Wiktora Lamparta, wystrzelił w górę i z impetem uderzył o tor, a później dmuchaną bandę. Na szczęście, nic wielkiego się nie stało i najpewniej obyło się bez złamań. Wydawało się, że lublinianie po prostu muszą wywiesić białą flagę, a tymczasem…

Tymczasem niemal jak ułan po swoim domowym torze jeździł Paweł Miesiąc, który najczęściej po przegranym starcie, rzucał się w niesamowitą pogoń za rywalami. I choć jego manewry niekoniecznie mówiły: „spokojnie, wszystko kontroluję”, to jednak ten dość chaotyczny i niebezpieczny, zwłaszcza po kraksie Jonssona, styl jazdy przynosił znakomity dla Motoru skutek. Gospodarze mieli zdecydowanie bardziej wyrównany skład – jak przestał punktować młodszy z Lampartów, to wyręczał go drugi junior Wiktor Trofimow. W decydujących momentach meczu „swoje” pojechali Mikkel Michelsen oraz Robert Lamberta, a Dawid Lampart przez cały mecz jechał na solidnym poziomie, choć też raz się nie popisał, gdy w 13. biegu blokował… swojego kolegę z pary. Grudziądzanie (zwłaszcza Przemysław Pawlicki, ale i Antonio Lindbaeck) zawiedli oczekiwania, choć i oni jechali bez swojego najlepszego ridera, Artioma Łaguty. Mało kto jednak spodziewał się, że na lubelskim torze przegrają. I to ośmioma punktami.

Wygranej Motoru na pewno zaś chcieli wygłodniali miejscowi kibice, którzy na dobre kilka godzin przed wieczornym meczem szczelnie wypełnili stadion. To w ogóle była bardzo udana – pod względem frekwencji – kolejka. Wiadomo, inauguracja. Ale z drugiej strony, wszystkie mecze były dostępne na żywo w telewizji (Eleven, nSport), więc zachodziła obawa, że stadiony będą mniej „nabite” kibicami. Nic bardziej mylnego!