Premier League wraca na salony!

  • Redakcja

Pierwszy raz od 1971 roku do fazy 1/4 finału Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy udało się awansować aż sześciu zespołom z Premier League. Podczas Champions League w akcji zobaczymy: Manchester United, Manchester City, Liverpool oraz Tottenham, zaś wyspiarzy podczas Europa League reprezentować będą: Chelsea oraz Arsenal. Po latach dominacji ze strony hiszpańskich oraz niemieckich drużyn, do głosu zaczynają dochodzić wreszcie ekipy z Anglii. Co może być powodem takiego stanu rzeczy? 

Całą dyskusję moglibyśmy zamknąć kwestią pieniędzy – patrząc na wartość praw telewizyjnych oraz przyznawane z tego tytułu premie dla tamtejszych klubów, trudno jest komukolwiek konkurować z funduszami przeznaczanymi na Premier League. Jak udowadnia natomiast przykład, chociażby, PSG – same pieniądze szczęścia nie dają. Kluby z angielskiej elity bardzo umiejętnie postanowiły doprowadzać do stopniowego osłabienia jednej z najbardziej konkurujących rozgrywek, a więc Bundesligi. Zabierając najpierw Jurgena Kloppa oraz Pepa Guardiolę, dołączając do tego piłkarzy pokroju Leroy’a Sane, Kevina de Bruyne, Roberto Firmino czy Sona widzimy obraz osób ze świata futbolu, które zdobywały kluczowe doświadczenie piłkarskie u naszych zachodnich sąsiadów, lecz po największe sukcesy przeniosły się właśnie do Premier League. Biorąc także pod uwagę całościowy kryzys niemieckiej ligi, ilość wydawanych kwot na transfery spadła. Przepaść do Bayernu (nie tak zresztą groźnego jak kiedyś) natomiast wzrosła (abstrahujemy nieco od tego sezonu) i widzimy, że jedynie kwestią czasu było wykorzystanie swojego potencjału i przeszkodzenie zespołom ze wspomnianej Bundesligi. Jak natomiast wytłumaczyć przypadek hiszpański?

FC Barcelona gra ciągle w Lidze Mistrzów, więc swoją uwagę skupiamy zatem na Realu oraz Atletico. Co łączy obydwa kluby z Madrytu? Brak dalekosiężnej wizji. Przypadek Królewskich omawialiśmy już wielokrotnie: mimo zgarnięcia trzech tytułów Ligi Mistrzów z rzędu, w stolicy Hiszpanii rozpoczynał się powolny kryzys. Wygranie zeszłorocznego trofeum było jedynie rozpoczęciem całej gamy problemów: opuszczenie klubu przez Zinedine’a Zidane’a, odejście Cristiano Ronaldo, dziwne zatrudnienie Juliana Lopetegui’ego, a następnie ratowanie Królewskich przez Santiago Solariego. Do tego bardzo nieudana polityka transferowa, która zakończyła się fiaskiem na wszystkich frontach i powrotem legendy Realu Madryt za stery klubu. Zinedine Zidane wlewa nieco nadziei na rozpoczęcie odbudowy potęgi Realu w Hiszpanii i nie tylko, lecz przed jego zespołem naprawdę długa droga do powrotu na europejski tron.

Bez poważnych zmian obyło się natomiast Atletico. Mimo to, nie udało się osiągnąć progresu, na który wszyscy liczyli. Wygrany puchar Ligi Europy miał być zwiastunem wskrzeszenia najlepszych czasów ery Diego Simeone, gdy Atleti walczyli w finale Ligi Mistrzów, a także liczyło się w wyścigu o mistrzowski tytuł. Wciąż odnosi się jednak wrażenie, że mimo ogromnej klasy piłkarzy, żelaznej defensywy i stabilności, nadal czegoś brakuje. Argentyński menedżer oraz włodarze klubu muszą zadać sobie naprawdę ważne pytanie: czy warto zostawać w obecnym układzie i trzymać pewien poziom, którego się już nie przeskoczy, czy poszukać nowej filozofii i wyzwań zarówno dla jednej, jak i drugiej strony.

Przemiana w układzie sił widoczna jest gołym okiem: możemy oddać pewien margines przypadkowi czy szczęściu, bo te cechy bez wątpienia towarzyszyły awansowi Manchesteru United, nie mamy jednak wątpliwości, że cały proces jest zdecydowanie szerszy. A kluczem do niego może być rywalizacja o… mistrzostwo Anglii. W wyścigu liczą się już tylko Manchester City oraz Liverpool, zaś cała energia reszty drużyn koncentruje się wywalczeniu miejsc w europejskich pucharach. Jeżeli zatem szukać powodu do prawdziwej motywacji i chęci dążenia właśnie do najwyższych celów, trzeba skupić się właśnie na Europie. Wspomniane dwie drużyny walczą przecież o (co najmniej) podwójną koronę, cała reszta zaś o zaistnienie na międzynarodowej arenie. W przypadku Arsenalu oraz Chelsea wygranie Ligi Europy to gwarant przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Być może właśnie aspekt psychologiczny ma tutaj decydujące znaczenie. Angielskie drużyny, które przez wiele lat były w odwrocie i marnotrawiły szansę na zaistnienie w europejskich pucharach, wracają powoli do łask. Po losowaniu wiemy, że w półfinale zobaczymy co najmniej jeden zespół z tego kraju. Czy będzie ich więcej? Jeśli tak, będzie to prawdziwa weryfikacja obecnej siły angielskiej elity…

Karol Czyżewski