Bronimy Legii: walczyli dzielnie, do karnych zabrakło niewiele

  • Redakcja

„Nie zasłużyliśmy na stratę drugiego gola, powinniśmy dotrwać do karnych” – stwierdził rozżalony Ricardo Sa Pinto na konferencji po spotkaniu z Rakowem. Rozczarowanie nie może dziwić, Legia na boisku w Częstochowie poczynała sobie naprawdę dzielnie, grając długimi fragmentami zupełnie równorzędny mecz z faworyzowanym rywalem. Wprawdzie więcej strzałów oddali gospodarze, ale już w statystyce posiadania piłki mieliśmy remis. „Stworzyliśmy więcej okazji niż przeciwnik” – oświadczył nawet portugalski trener Wojskowych. I choć niekoniecznie jest to prawda, trzeba oddać mistrzom Polski, że dla lidera 1. ligi byli wymagającą przeszkodą.

Co samo w sobie zasługuje na docenienie. Przecież drużyna spod Jasnej Góry spisuje się w tym sezonie więcej niż fantastycznie. Po 23 kolejkach ligowych ma na koncie ledwie jedną porażkę, zanotowaną jeszcze na starcie rozgrywek. Przed meczem z Legią Raków mógł pochwalić się serią dziesięciu wygranych z rzędu we wszystkich rozgrywkach. Na argument o tym, że to „tylko 1. liga” możemy odpowiedzieć: zgadza się, czyli od lat najbardziej nieprzewidywalne rozgrywki w tej części świata. Jeśli nie zaliczasz w niej wpadek, znaczy to, że coś z tobą nie tak. Na przykład, że jesteś za mocny by tu grać.

Zresztą, Raków ogrywa wszystkich, nie tylko pierwszoligowców. Wspomniana seria dziesięciu (a po wczorajszym meczu – jedenastu) zwycięskich spotkań z rzędu obejmuje przecież także Puchar Polski, w tym starcie z Lechem Poznań. Lechem, który w Częstochowie nie spisał się tak dobrze jak Legioniści i poległ w regulaminowym czasie gry, nie stwarzając podopiecznym Marka Papszuna większych problemów. Przy nazwisku trenera musimy się na chwile zatrzymać, by złożyć gratulację. Przypomnijmy: ten szkoleniowiec zdążył już dokonać tego, co przez wiele lat nie udawało się choćby obecnemu selekcjonerowi Jerzemu Brzęczkowi – awansował z Rakowem do I ligi. Teraz do CV wpisze sobie kolejne sukcesy, bo promocja do Ekstraklasy jest więcej niż pewna, a do tego pozostaje oczywiście Puchar Polski. W tym nie ma przeszkód, by Czerwono-Niebiescy sięgnęli nawet po końcowe trofeum, ostatecznie trudno powiedzieć, by dostali się do półfinału psim swędem.

Będącym na fali trenerem zainteresują się pewnie wkrótce (jeśli jeszcze tego nie zrobiły) największe drużyny w Polsce i choć prezes Rakowa zarzeka się, że Papszuna nie odda, może nie mieć za wiele do powiedzenia w tej kwestii. Szczególnie, jeśli jego klub nie otrzyma licencji na grę w Ekstraklasie albo będzie musiał domowe mecze rozgrywać na wyjeździe, jak niedawno Sandecja. Mówiąc szczerze, trudno wyobrazić sobie inną opcję, bo choć w Częstochowie co jakiś czas chwalą się postępami w temacie renowacji stadionu (będącego jak wiemy w tragicznym stanie), to jednak cała inwestycja jest wciąż w powijakach, a nowy sezon zaczyna się już w lipcu.

Legia natomiast musi po takim meczu szukać pozytywów. W porządku, być może nie uda się obronić w tym roku Pucharu, ale jak dobrze pomyślimy, na pewno coś się znajdzie. Po pierwsze, w regulaminowym czasie gry był remis, po drugie – niegdyś w ćwierćfinale PP rozgrywano mecz i rewanż, gdyby tak było nadal, Legia pozostawałaby w grze. Po trzecie: na boisku pojawiło się dwóch piłkarzy sprowadzonych zimą przez Sa Pinto, co świadczy o tym, że Portugalczyk wie co robi. Możemy też dopisać do tej listy asystę Kaspera Hamalainena, która może zwiastować nadejście lepszej formy. Tak na marginesie, nie zdziwilibyśmy się wielce, gdyby Fin zarabiał więcej niż cała jedenastka piłkarzy z Częstochowy…