Po co żużlowcom motocross?

  • Redakcja

Początek marca to czas, w którym zima wykonuje jeszcze ostatnie mroźne podrygi. Mimo tych chłodnych pohukiwań, na stadionach żużlowych w ostatnim czasie zaroiło się od zawodników, chcących na dobre wydobyć się z zimowego letargu. Oczywiście bardziej „letargu”, bo przecież za nimi często intensywny okres przygotowawczy, w ramach którego – zwłaszcza im bliżej początku sezonu – jest także miejsce na jazdy po motocrossowych muldach. Niestety, nie wszystkim taki trening wyszedł na zdrowie…

Mowa tu, rzecz jasna, o Grzegorzu Zengocie. Nowy jeździec Speed Car Motoru Lublin w trakcie jazd w Hiszpanii złamał dwie kości: strzałkową i piszczelową. Co gorsze, poważny uraz dotyczy ważnej dla żużlowca, prawej nogi. To dzięki niej zawodnik zachowuje kontrolę nad motocyklem. „Zengi” już wrócił do Polski, ale według pogłosek stan pogruchotanej kończyny jest na tyle poważny, że lekarze w Warszawie jeszcze nie podjęli się operacji. Sam żużlowiec, jak i jego klub nie chcą udzielać zbyt wielu informacji. Niestety, wiele wskazuje na to, że 30-latek, i to w najbardziej optymistycznym wariancie, wróci na tor dopiero w drugiej części sezonu. Pech. Ogromny pech. I wielki problem dla lubelskiej drużyny – zielonogórzanin miał być krajowym liderem beniaminka PGE Ekstraligi.

Kontuzja Zengoty – jak zwykle przy tego typu zdarzeniach – nasunęła pytanie: po co w ogóle żużlowcom trening motocrossowy? Czy to aby nie zbyt wielkie ryzyko dla nich i ich klubów?

Wszyscy wiemy, co i gdzie spotkało Tomasza Golloba. Właściwie nie ma początku sezonu bez podobnych newsów, by wspomnieć tu z przeszłości m.in. kontuzję Daniela Jeleniewskiego (złamana noga), Macieja Janowskiego (obojczyk), czy Piotra Pawlickiego (uszkodzona kostka). Zdania, co do przydatności treningu motocrossowego są podzielone. I tak np. były żużlowiec, a obecnie trener Piotr Żyto stwierdził: „Dla żużlowca cross jest świetnym treningiem uzupełniającym. W trakcie jazdy mocno pracują pewne partie mięśni. Zawodnik po zimie spędzonej na crossie lepiej wchodzi w sezon. Trzeba na crossie jeździć tak, żeby minimalizować ryzyko”, choć zwrócił także uwagę na inny aspekt, mówiąc, że: „jak trenuje grupa, to ciężko jest nad tym zapanować. Młodzi się podpalają, każdy chce skoczyć dalej i wyżej na górce”. Podobnego zdania był także np. Krzysztof Cegielski.

Z kolei człowiek nieco spoza środowiska, choć w nim doskonale znany – wybitny fizjoterapeuta, który postawił na nogi m.in. Piotra Pawlickiego seniora – Jurij Karaczarow w jednym z wywiadów powiedział (gloswielkopolski.pl) wprost: „Nie rozumiem, dlaczego żużlowcy tak chętnie jeżdżą na motocrossie. To właśnie podczas tych jazd często doznają kontuzji. Wynika to z tego, że muszą non stop skakać i zjeżdżać na motocyklu, a nie są do tego odpowiednio przygotowani. Na torze żużlowym ścigają się przecież na płaskim. Ten trening nie do końca jest im przydatny”.

Przydatny, nie przydatny? Tego nie rozstrzygniemy. Pewne jest natomiast to, że żużlowcy ulepieni są z nieco innej gliny i, jeśli tylko mogą, to będą szukać adrenaliny na różnych torach, przy różnych okazjach. Tym bardziej, gdy już przebierają nogami na samą myśl o powrocie rywalizacji żużlowej.  Trzeba to uszanować, pogodzić się z tym i (tu apel do decydentów) nie zakazywać im tego. Choć zapewne już, gdzieś w biurach, centralach kołacze się podobna myśl. Skoro żużlowcy mają często zapisany w kontraktach zakaz uczestniczenia w zimowych  galach lodowych, to czemu właściwie nie objąć podobnym szlabanem jazd na motocrossie? Uważamy jednak, że byłaby to hipokryzja. W końcu wielu żużlowców zaczynało swoją przygodę z motocyklami od tego sportu. A ryzyko i, co za tym idzie, prawdopodobieństwo odniesienia kontuzji jest wpisane w ich profesję. Niestety.

Jacek Hafka