Szału nie ma – Szeremeta obronił mistrzostwo Europy

  • Redakcja

Kamil Szeremeta skutecznie obronił tytuł mistrza Europy w boksie zawodowym i pokonał jednogłośną decyzją sędziów Andrewa Francillette. Polak wygrał swój pojedynek we Francji, jednak według opinii ekspertów nie zachwycił – wiele osób spodziewało się po nim lepszego występu.

To był tak naprawdę pojedynek bez historii. Szeremeta był zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w tej walce i wiele wskazywało na to, że niegdyś niesłynący z mocnego ciosu, a ostatnio dwukrotnie nokautujący swoich rywali Polak będzie w stanie zanotować kolejną czasówkę w karierze. Niepodziewanie jednak białotoczanin dosyć spokojnie przeboksował pełen dystans tak naprawdę ani razu nie podłączając swojego rywala i nie spychając go do desperackiej defensywy. Użytkownicy Twittera są zgodni – walka do zapomnienia. Prawdopodobnie Szeremeta za kilkadziesiąt lat siedząc na bujanym fotelu nie będzie pamiętał o tym starciu i o kimś takim jak Francillette.

Przed pojedynkiem stacja TVP Sport, która transmitowała ten pojedynek, budowała rangę tej walki i kolejnego wyzwania, które stoi przed Szeremetą. Zwycięstwo w sobotę miało mu otworzyć drogę do najpoważniejszych pięściarzy na świecie, często przytaczany był ranking, według którego Polak jest gorszy tylko od Gołowkina i Alvareza. Niestety, nie wszyscy się na to nabrali, a obraz sobotniego pojedynku tylko utwierdził bardziej zorientowanych w tym, że nie wszystko, co powiedziane w telewizji jest prawdą. Szeremecie, przynajmniej na ten moment, jeszcze trochę brakuje do tego, by jak równy z równym rywalizować z najlepszymi na wielkich galach w USA. Zwycięstwo z Francillette, które miało mu otworzyć do tego drzwi, na pewno tego nie zrobiło. A przynajmniej mam nadzieję, że nie zrobiło.

„W kategorii najbardziej niedocenianego polskiego zawodowca Szeremeta jest niekoronowanym królem.”

 Powiedział przed sobotnim pojedynkiem Szeremety jego promotor, Andrzej Wasilewski. Czemu tak się dzieje?

Szeremeta pas mistrza Europy zrobił walcząc w Rzymie z kompletnie nieznanym w Polsce Allesandro Goddim. Walka była w piątek, trudno było znaleźć transmisję telewizyjną, dopiero kilkanaście godzin przed jej rozpoczęciem jedna z mniejszych telewizji zdecydowała się na pokazanie tego u siebie na antenie. Hala świeciła pustkami, Włoch padł na deski dwukrotnie, koniec końców narożnik rzucił między liny ręcznik symbolizujący poddanie. Warto dodać, że walkę Szeremety kilkukrotnie przekładano, co również nie działa na plus.

Szeremeta po raz drugi obronił tytuł mistrza Europy

Potem Szeremeta bronił tytułu, w Łomży. Okej, Łomża to fajne miasto, ale z prawdziwym boksem kojarzy się one jak amerykański nastolatek ze zdrowym trybem życia. Szeremeta wygrał przed czasem z Rubenem Diazem.

Teraz Szeremeta walczył we Francji przeciwko rywalowi, który miał stawić mu opór – tak przynajmniej słuchaliśmy w telewizji. Okazało się jednak, że Polak prezentując się bardzo przeciętnie wygrał 120-108, 117-112, 117-112 na punkty na jego terenie, co daje od razu do myślenia – gdyby Szeremeta wypadł dobrze, to walka skończyłaby się na pewno przed czasem. Francillette nie miał żadnych argumentów na zwycięstwo, a nam mydlono oczy przed pierwszym gongiem.

Wasilewski zastanawia się, dlaczego Szeremeta jest niedoceniany. Odpowiadam: walcząc we Włoszech na internetowych streamach, w Łomży z Hiszpanem i we Francji prezentując się słabo, nie można być docenianym przez kibiców. Nie można imponować, zachwycać i budzić publicznie uznania. Można się sportowo rozwijać, co Szeremeta regularnie czyni, można wygrywać kolejne walki (18-0 rekord), można być fajnym chłopakiem, który twardo stąpa po ziemi i właściwie patrzy na otaczającygo świat. Nie jest się jednak wychwalanym przez tych, którzy boksem się nie interesują, bo takie osoby chcą fajerwerków i widowiskowych walk, których nie muszą szukać w internecie.

Szeremeta wygrał – chwała mu za to, mocno trzymam kciuki za tego chłopaka, bo dochodzą do mnie same pozytywne informacje na temat jego sportowego rozwoju. Nie oczekujmy jednak od razu, że świat się zatrzyma, bo on wychodzi do ringu, nie pchajmy go na Gołowkina czy Alvareza, bo to nie ma sensu. Małymi krokami – być może – będzie w końcu tym, kim chcemy, żeby był. Na to jednak przyjdzie czas. Za jakiś czas.

Jakub Borowicz