Andy Murray nie powiedział ostatniego słowa? Wciąż wierzy w powrót do gry

  • Redakcja

Wieść o zbliżającym się końcu kariery Andy’ego Murraya była szokiem dla wielu. Owszem – o jego problemach zdrowotnych wiadomo było od dawna, to jednak mało kto dopuszczał do siebie myśl, że Szkot odejdzie z tenisa nie na swoich warunkach. Od pamiętnej konferencji prasowej w Melbourne minęły już prawie dwa miesiące, po których pojawił się mały promyk, promyk nadziei. Murray bez owijania w bawełnę zapowiada, że nie powiedział ostatniego słowa i choć nie za wszelką cenę, to będzie chciał wrócić do sportu.

Każdy turniej, czy to rangi ATP 250, czy wielkoszlemowy, najzwyczajniej w świecie przemija. Po kilku miesiącach pamięta się już jedynie o wygranych, zdecydowanie rzadziej o finalistach. Tegoroczny Australian Open dla wielu z nas będzie jednak specjalny. Mimo, że patrząc na wyniki, Andy Murray odegrał w nim rolę statysty, to jednak przez kilka dni był na językach wszystkich. Szkot ze łzami w oczach podzielił się wiadomością, że zamierza zakończyć karierę, a kilka dni po tym pożegnał się z Melbourne po heroicznym, pięciosetowym boju z Roberto Bautistą-Agutem. Wielu zdążyło się już przyzwyczaić do światowych rozgrywek bez popularnego „Muzzy”, ale wcale tak nie musi być! Ostatnie wypowiedzi byłego lidera rankingu ATP bez wątpienia wlały dozę optymizmu w serca jego fanów!

W środę Murray podpisał ośmioletnią umowę sponsorską z mało znaną brytyjską firmą odzieżową o nazwie Castore. Mówi się, że jego roczny zysk z tego tytułu ma wynosić milion funtów, ale tutaj nie o tym. 31-latek już na wstępie rozmów z dziennikarzami przyznał, że jego stan fizyczny uległ ogromnej zmianie. – Nie odczuwam już bólu w biodrze. Rehabilitacja przebiega mozolnie, ale idzie w dobrym kierunku. Teraz należy czekać. Jeśli udałoby mi się wrócić, to ponownie pokochałbym tenis – powiedział, tym samym zapewniając, że nadal w jego głowie kotłują się myśli o powrocie do rozgrywek.

Późniejsze jego słowa jeszcze bardziej to potwierdziły. W powietrzu czuć jednak ogromny dystans, z którym główny zainteresowany do tego podchodzi. – Nie muszę znów grać w tenisa, czy występować na Wimbledonie. Będę czekał i spokojnie patrzył na to, jak rozwija się sytuacja. Przez pierwsze cztery miesiące po zabiegu nie mogę robić nic, co mogłoby obciążać mój organizm. Co będzie dalej? Zobaczymy. Jeśli powrócę, to nie łudzę się, że będę w stanie rywalizować na poziomie pierwszej dziesiątki. Co najwyżej stać mnie na pierwszą setkę, a może pięćdziesiątkę.

Chyba nie ma drugiego takiego tenisisty, o którym opinia publiczna tak diametralnie zmieniła zdanie. Murray zawsze był uważany za gbura, zresztą sam często na to pracował na korcie. Trudno również było znaleźć sympatyków jego stylu gry, który nie był oszałamiający i widowiskowy. Aktualnie Brytyjczyk dostaje słowa wsparcia z każdej strony – uznanie zyskał dzięki wzruszającemu momentowi na wspomnianej konferencji prasowej w Melbourne, a następnie za sprawą NIEBYWAŁEGO występu w pierwszej rundzie Australian Open. Przypomnijmy, że niegdyś najlepszy tenisista świata poniósł porażkę, ale nikt nie mógł mu cokolwiek zarzucić. Dał z siebie więcej niż mógł – grał tak, jakby wiedział, że innej okazji do pożegnania się już nie dostanie. Nie wiadomo, na ile jego ostatnie słowa to akcja marketingowa, aby jak najwięcej mówiło się o nim, a co za tym idzie – wspominało o nowym sponsorze. Oczywiste jest to, że tenisowe społeczeństwo czeka na jego powrót. Powrót, który nie będzie powrotem dla sztuki. Murray będzie walczył o każdy punkt tak, jakby miał on być dla niego ostatnim.

Michał Pochopień