Czyżby szykowała się niezła „paka” we Wrocławiu?

  • Redakcja

Niespisana jak dotąd umowa Grigorija Łaguty ze Speed Car Motorem Lublin poczyniła na rynku transferowym (i nie tylko) „niemały zamęt, to fakt”, by zacytować tu scenę z „Misia”. W kłopocie znalazł się nie tylko prezes Krzysztof Mrozek i jego ROW Rybnik, ale i – prawdopodobnie – czterokrotny mistrz świata, Greg Hancock.

Jakiś czas temu i po tylko pobieżnym zapoznaniu się z tematem (przejrzeniu ekstraligowych składów) wydawało się, że naturalnym, kolejnym już klubem w bogatej karierze 49-letniego Kalifornijczyka powinien być Lublin. Rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, okazała się bardziej skomplikowana. I z jej perspektywy wyrwanie Łaguty z rąk Rybnika przez beniaminka PGE Ekstraligi wydaje się całkiem do rzeczy.

Gdzie w Polsce trafi Greg Hancock?

Grin bowiem nie pasował dyrektorowi lublinian Jakubie Kępie. A, że i w Rybniku Amerykanin – przez zbyt wygórowane żądania finansowe – nie znalazł miejsca, to sytuacja zrobiła się dla niego mało ciekawa. I znowu – tylko na pierwszy rzut oka. Hancock ma bowiem dwa wyjścia:

1) Może spokojnie poczekać na start sezonu. Jeszcze raz stanąć w żużlowym oknie wystawowym i tym samym przekonać do siebie sceptycznych na razie klubowych decydentów. Pokazać w lidze szwedzkiej i Grand Prix, że „dziadzia” Hancock jeszcze może, jeszcze stać go na równe i bardzo dobre mecze/występy. Kolejne okienko transferowe w PGE Ekstralidze zacznie się 15 maja, czyli po piątej kolejce. A już wtedy kilku drużynom może zacząć palić się grunt pod nogami. No i pamiętajmy – choć nikomu tego nie życzmy – że speedway to wyjątkowo kontuzyjny sport. Wtedy sięgnięcie po Hancocka może nagle okazać się bardzo opłacalnym i zbawiennym wręcz interesem.

2) Podpisać kontrakt już teraz. Ta opcja wiąże się z kilkoma niedogodnościami. Po pierwsze, może popsuć atmosferę w kończącej przygotowania do sezonu drużynie, a odium za taki stan rzeczy spada wówczas na niego . Po drugie – z perspektywy szefów klubów – wiąże się z ryzykiem: worek pieniędzy dla zbliżającego się do sportowej emerytury, więc mało perspektywicznego 49-latka? No chyba, że mowa o miejscu, w którym Hancock jest znany. Mowa tu o Wrocławiu, dla którego startował już w latach 1998-2004. Pytanie tylko, czy jest tam lubiany? Czy nie przechowują w pamięci jego „wyczynu” z 2004 roku, gdy nie zdołał dolecieć ze Stanów na decydujący o mistrzostwie mecz z Unią Tarnów. Coraz wyraźniej mówi się jednak o tym, że winy zostały (prawie) wybaczone, wróbelki swoje ćwierkają…

Jakie stanowisko ma sam zainteresowany?  „Muszę trafić do takiego miejsca, gdzie będę się czuł dobrze. Nie chcę zrobić czegoś takiego, by dojść do klubu z przymusu. Kilkakrotnie zrobiłem tak w przeszłości i niezbyt dobrze to na mnie zadziałało. Jazda samemu nie jest przyjemnością. Zawsze chce się być w drużynie i wygrywać tytuły razem z kolegami. Mam w tej chwili dwie konkretne oferty i zobaczymy, co z tego wyniknie. Jeszcze jest dużo czasu i jeśli nadejdzie odpowiedni moment, poinformuję o swojej decyzji. To może być dzisiaj lub za dwa miesiące. Najważniejszy jest dla mnie fakt, iż muszę czuć się komfortowo w tym miejscu” – powiedział (speedwaygp.com) na początku lutego.

Od tamtego czasu, jak wspomniano wyżej, sytuacja na rynku uległa zmianom. Pewne jest natomiast, że we Wrocławiu nie zdobywałby punktów samemu. Czy jego kolegą z drużyny znowu będzie Tai Woffinden?