Bożydar Iwanow: Musi być show. Nie tylko dzięki piłkarzom

  • Redakcja

Moje dwie ostatnie wizyty na meczach 1/8 finału Ligi Mistrzów dały mi nie tylko wiele typowo piłkarskich doznań. Poziom sportowy meczów Atletico Madryt – Juventus Turyn, a w szczególności Ajaxu Amsterdam z Realem to jedna sprawa. Ładunek emocjonalny był olbrzymi. Ale mój podziw wzbudziło także to, co działo się przed meczem.

Przede wszystkim oprawa. Zarówno na Wanda Metropolitano jak i w Holandii zadbano o właściwą przystawkę do dania głównego. Show stworzone przed pierwszym gwizdkiem w obu miejscach było nieprawdopodobne. Na Johan Cruijff Arena przy świetlnym antrakcie na murawie pojawił się światowej sławy skrzypek Andre Rieu, który nie mniej brawurowo niż później piłkarze Ajaxu, odegrał swoją partię przy akompaniamencie blisko sześćdziesięciotysięcznej widowni zaopatrzonej w białe flagi. Te na wiele godzin przed startem czekały na każdego kibica, który zasiadł na trybunach. Po takim wstępie temperatura jeszcze wzrosła i świetnie, że dostosowali się do niej zawodnicy skazywanego na pożarcie wicemistrza Holandii. W stolicy Hiszpani napięcie podniosły dwa utwory AC/DC „Highway To Hell”, podczas którego na ekranach przedstawiano fetowane głośnymi okrzykami fotografie każdego z graczy „Rojiblancos” przewidzianego na mecz z Juve. A potem „Thunderstruck”, poparte kolejną iluminacją, kartoniadą czy trzydziestometrowym transparentem podkreślającym istotę lojalności do klubu. Faktycznie czuliśmy się jak rażeni gromem. Nie widziałem obok siebie nikogo, kto nie był tym widokiem zachwycony. To wszystko potęguje uczucie, że za chwilę wydarzy się coś wyjątkowego. W obu przypadkach liczy się pomysł, potem odpowiednia jego realizacja, a w przypadku Amsterdamu pewnie i większe koszty. Rieu na pewno nie wystąpił za darmo. Może był nawet droższy niż 50 tysięcy flag. Ale co z tego? To, co można było przeżyć, jest bezcenne. Warte zachodu i pieniędzy.

Bo piłka to ma być show, jak to się dziś z angielska mówi musi być „entertainment” (zabawa). Kibic nie przychodzi tylko na mecz, żeby zobaczyć piłkarzy. Chce dostać i przeżyć coś więcej. Przecież nigdy nie ma gwarancji, że to, co zostanie zaprezentowane na boisku będzie na odpowiednim poziomie. Szczególnie w naszej lidze. Szeroko rozbudowane działy marketingu w polskich klubach mogłyby więc nad czymś podobnym pomyśleć. Hot dog czy coca-cola abo tatar lub piwo na „Vipie” nie muszą być jedynym dodatkiem do piłkarskiego „widowiska”. Tym bardziej, że coraz rzadziej nasze ligowe spotkania idą w parze z tym określeniem.