Juras Blog #7 – Nowa Era na Starych Czasach

  • Redakcja

Uszanowanie Panie i Panowie! Daaaaawno mnie tutaj nie było ale po wszelakich zawirowaniach z początkiem 2019 roku odzyskałem trochę spokoju w głowie, powoli ogarniam zdrowie, bo kumulacja ilości pracy, podzielonej przez niedoleczone choroby i przemnożone przez sporą dawkę stresu dały równanie w postaci totalnego pozamiatania mnie do łóżka. Trzy dni w ogóle nie mogłem się podnieść ale wychodzę już na prostą. Od nowego tygodnia wracam również do regularnych treningów, bo średnio to ostatnio wyglądało. Organizm musiał powiedzieć stop w końcu. Tak czy inaczej głowa przewietrzona, energia się kumuluje i trzeba ruszyć z buta w ten 2019! Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w sportowym aspekcie mojej egzystencji, więc trzeba zrobić teraz wszystko aby przekroczyć próg klatki MMA po zwycięstwo. Mamy z KSW jakieś tam pomysły ale poinformujemy jak już wszystko się wykrystalizuje. Będzie grubiuuuutko, więc warunek jest abym był w stu procentach przygotowany. Czas też wrócić do regularnego pisania blogów, bo przyznam się, że w jakimś dziwnym stopniu pisanie mnie relaksuje. Jeszcze jak ktoś to czyta to w ogóle jakoś tak fajniej.

Zaaaaaatem Lejdis end Dżentelmens, fanfary, dymy, lasery, tańczące toples dziewczyny! Lecimy z dzisiejszym tematem, a będzie trochę o zjawisku, którego świadkami będziemy coraz częściej. Wszystko przez pryzmat zbliżającej się w weekend gali UFC 234 i starcia w co main evencie pomiędzy wschodzącą gwiazdą organizacji w osobie Nigeryjczyka Israela Adesanyi, a wracającym po dwuletniej przerwie legendzie organizacji Andersonem Silvą. Starcie, które rozgrzewa wyobraźnie kibiców MMA na całym świecie, którzy mieli już okazję zobaczyć co wyprawa w oktagonie UFC młody Nigeryjczyk. To co potrafi wyprawiać w klatce amerykańskiego giganta Anderson Silva wie chyba każdy. Brazylijczyk swoim stylem walki przetarł szlak dla wielu współczesnych showmanów, a ilość rekordów UFC wciąż budzi respekt. Ostatnie lata nie były jednak dla „starego lisa” z kraju kawy łaskawe. Najpierw detronizacja z rąk Chrisa Weidmana, potem seria porażek z wpadką dopingową w tle. Powrót do klatki po dwóch latach przerwy w wieku 43 lat… po co zatem?

Nastały takie czasy, że sprzedaż blietów i PPV determinuje ruchy każdej organizacji MMA na świecie. Wypromuj, sprzedaj. Sport to biznes, a wiele decyzji UFC ostatnimi czasy przypomina Nam, że w 2019 to przede wszystkim biznes. Olać rankingi mistrzowskie, olać dopingowe wpadki. Jak trzeba to przeniesiemy gale mając w dupie kibiców. Hajs się musi zgadzać, a zgadza się wtedy jak generowane jest zainteresowanie. Od ery Conora McGregora przestała liczyć się często sportowa strona wielu pojedynków. Nie sięgając daleko i na najwyższe szczeble wypłat za walkę mamy przypadek Grega Hardego, popularnego zawodnika futbolu amerykańskiego, który w debiucie UFC dostał walkę tuż przed głównym starciem Cejudo – Dillashaw. Cytując irlandzkiego klasyka „Who Da Fok is THAT Guy?!” Było to żenujące widowisko. Nie ma co się nad nim rozpisywać.

Kolejnym zabiegiem promocyjnym dla UFC ma być należny splendor dla nowej wschodzącej gwiazdy Israela Adesanyi. Mimo, że Adesanya ma już 29 lat i jest niepokonany w MMA z rekordem 15-0 to cały czas brakuje tego czegoś aby wypchnąć go na pierwsze miejsca bilbordów reklamowych UFC. Trzeba wiedzieć, że Nigeryjczyk ma wszystko aby stać się frontmanem organizacji. Rekord, osobowość i styl. Brakuje tylko walki, która na te bilbordy go zaprowadzi i tutaj trzeba sięgnąć po „Pająka”. Podobne niezwykle widowiskowe style walki gwarantują fajerwerki. Duże legendarne nazwisko znacznie pomoże w promocji Israela. Jeżeli oczywiście weekendowe starcie wygra ale patrząc na pewno zależności przy konfrontacjach nowa era vs stara era… chyba nie ma wątpliwości, że to Israel Adesanya jest faworytem starcia. Może jeszcze inaczej… jakkolwiek brutalnie to brzmi to Anderson Silva jest tutaj dla Adesanyi, a nie odwrotnie. Czasy Pająka już minęły i nie ma co budować historii, że wraca do gry. Wraca, bo UFC potrzebuje Jego popularności i Jego kibiców. Stylowo podobni, więc kibice Brazylijczyka w przypadku porażki idola, będą śledzić losy Nigeryjczyka.

Dla mnie pozostaje pewien niesmak takich zabiegów ale nie mam co oburzać się na rzeczywistość. Daleko nie szukać mieliśmy ostatnio w Polsce swoistą zmianę walki, podczas starć Tomka Narkuna z Mamedem Chalidowem. Tymi zwycięstwami Tomek zyskał nie tylko szacun sportowy detronizując legendę polskiego MMA ale też kilka procent popularności. Podobny zabieg widzieliśmy na pięściarskiej scenie, gdy Artur Szpilka rywalizował z Tomaszem Adamkiem. Podobny zabieg, podobny przebieg. Takie czasy i nie ma co się przed nimi bronić. Skoro jest popyt to będzie i podaż, czego świetnym przykładem są choćby ostatnio modne zestawienia mistrz kontra mistrz. Wszystko co się sprzeda lepiej niż rankingowe starcia o pasy.

Czy weekendowa gala potwierdzi moje słowa? Chwilkę poczekajmy na wyniki ale zwycięstwo Spidera będzie pewną sensacją mimo wielkiej klasy i legendy byłego mistrza średniej.

Jakie macie zdanie w temacie?

Pozdrawiam i udanego weekendu!