Nikt nie przypuszczał, że jeszcze w tym roku możemy mieć bokserskiego mistrza świata!

  • Redakcja

Polski boks w ostatnim czasie nas nie rozpieszcza. Nie ma co ukrywać, że bywało lepiej, w grudniu minęły dwa lata od kiedy polski mistrz świata, Krzysztof Głowacki, stracił tytuł czempiona. Nawet gdy ktoś dochodził do starć mistrzowskich, to musiał uznawać wyższość swoich rywali. Już w tę sobotę właśnie Głowacki stanie przed szansą wywalczenia pasa w kategorii junior ciężkiej federacji WBO. Jego rywalem będzie Rosjanin, Maksim Własow.

Zdaniem forBET faworytem w tej potyczce jest Polak, a kurs na jego zwycięstwo wynosi 1.8. Na Rosjanina – 2.1. Remis to kurs aż 25.

Sytuacja z pojedynkiem polsko-rosyjskim jest bardzo skomplikowana, gdyż kilka dni temu federacja WBO zakomunikowała, że stawką w walce Głowacki – Własow będzie tymczasowy pas mistrza świata tejże federacji. Posiadaczem pełnoprawnego pasa jest Ołeksandr Usyk, który we wspomnianym przed sekundą pojedynku pokonał właśnie „Główkę”.

No dobra, wiele osób zaczęło pytać: po co Głowackiemu pas tymczasowy?

Tu odpowiedź jest trudna, bo faktycznie – tytuł to tytuł, ale prestiżem daleko mu do „normalnego” mistrzostwa. Tej samej nocy jednak, ale kilka godzin wcześniej, walczy Usyk, który według wielu źródeł po pokonaniu Tonny’ego Bellew ma zwakować wszystkie pasy i przejść do kategorii ciężkiej. Co, jeżeli przegra? Brytyjczyk zapowiedział już, że konfrontacja z Ukraińcem będzie ostatnią w jego karierze, a po pokonaniu Usyka również wszystkie tytuły odda.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Głowacki pokonuje Własowa, przechodzi do półfinału turnieju World Boxing Super Series i jest tymczasowym mistrzem świata WBO. Radość oczywiście jest i to podwójna (tytuł i awans do półfinału turnieju), ale na pewno nie byłaby taka, jak w sierpniu 2015 roku po pokonaniu Marco Hucka. Gdyby Usyk zdecydował się trofea oddać – przykładowo – za trzy miesiące, to dopiero wtedy „Główka” miałby w swoim posiadaniu „normalny” pas WBO.

Sytuacja przypomina trochę wydarzenia z lekkoatletycznych bieżni w 1999 roku, gdy mistrzami świata w sztafecie 4×400 metrów zostali Amerykanie, drudzy byli Polacy. Dopiero po kilkunastu latach wykryto, że zawodnicy zza oceanu stosowali niedozowolone substancje i tytuł im odebrano. Ewentualna radość Głowackiego będzie, ale dopiero siedząc w wygodnym fotelu przed telewizorem, a nie tuż po walce.

– Pieniądze są potrzebne, bo wtedy łatwiej się żyje. Najważniejsze jest jednak trofeum. Ja wierzę w to, że za rok, gdy turniej się zakończy, dostanę swoją szansę. A może nawet podczas jego trwania? – wypowiedź Krzysztofa Głowackiego z początku grudnia 2017 roku.

Może też stać się tak, że któryś z pięściarzy pasy mistrzowskie zwakuje od razu i ogłosi taką informację światu kilku chwil po walce. Wtedy Głowacki mistrzem „prawdziwym” i jedynym WBO będzie już po swoim pojedynku, gdyż jego starcie odbędzie się kilka godzin po tej Usyka i Bellew.

Jeszcze dwa tygodnie temu stawką tej konfrontacji był półfinał turnieju WBSS, spora kasa i prestiż. Teraz wiemy, że przy dobrych wiatrach Głowacki może już w niedzielę być po raz drugi w swojej karierze zostać mistrzem świata.

Paradoksalnie wszystko w karierze Polaka… toczy się wokół Usyka. Ukrainiec najpierw odebrał Głowackiemu pas, później przez kilkanaście lat wałczanin wiele mówił o rewanżu, który chce z nim stoczyć. W sobotę jego decyzja o przejściu do kategorii ciężkiej może spowodować, że „Główka” będzie cieszył się z odzyskania pasa jednej z czterech najbardziej prestiżowych kategorii w boksie zawodowym.