Ile byłbyś Vaart, gdyby nie kobiety…

  • Redakcja

… które ciebie otaczały?

Rafael van der Vaart ogłosił przedwczoraj zakończenie kariery. 35-latek uzasadnił swoją decyzję nieustannymi kontuzjami, które go prześladowały szczególnie pod koniec kariery. W ostatnim klubie, jakim był dla niego duński Esbjerg, zagrał zaledwie 55 minut. Holender uznał, że nie będzie siebie oszukiwać i postanowił przejść na emeryturę. Można mieć o nim przeróżne zdania, ale chyba wszyscy się zgodzimy z tym, że Rafael van der Vaart nie wykorzystał w pełni swojego pontencjału. Sam zawodnik pewnie zrzuciłby winę na kobiety, z którymi się dotychczas wiązał. Jednak zanim zaczął ulegać syrenom, musiał najpierw…

…wypłynąć na szerokie wody.

W wieku 17 lat zadebiutował w holenderskiej Eredivisie w barwach Ajaxu. W ciągu pięciu lat, Van der Vaart rozegrał w stołecznej drużynie 156 meczów, strzelając 63 gole i zaliczając 26 asyst. Miał niewątpliwy wkład w zdobycie dwóch mistrzostw, jednego pucharu i superpucharu Holandii. W narodowej kadrze zadebiutował, mając 18 lat, więc nie dziwne, że w klubie od razu wyrobił sobie taką pozycję, żeby władze – mając do wyboru pozostawienie Holendra bądź Zlatana – wybrały tego pierwszego. Dlaczego włodarze Ajaksu stanęli przed takim wyborem? Powodem był „niezamierzony” faul Szweda na Van der Vaarcie w meczu ich reprezentacji.

Holender nie powiedział wprost, że Zlatan zrobił to celowo, aczkolwiek w jednej z wypowiedzi nadmienił, że jego klubowy kolega jest „niespełna rozumu i wie na co go stać”. Ibrahimović ponoć się wściekł i przy pierwszej okazji zaatakował Van der Vaarta werbalnie, krzycząc, że jeśli jeszcze raz usłyszy podobny zarzut z jego ust, to skręci mu kark. Holender nie prosił o powtórzenie tego zdania tylko postanowił przejść do czynów. Obaj panowie wdali się w bójkę i władze z Amsterdamu zdały sobie sprawę, że trzeba się pozbyć jednego z nich. Odpalili Zlatana i to świadczy o pozycji jaką wówczas miał w klubie 21-letni wychowanek. Niespełna rok później postanowił opuścić „matecznik” i wydawało się, że kolejnym przystankiem będzie wielki klub, bo ofert z takowych nie brakowało. Rafael van der Vaart wybrał jednak Hamburg. Był to wybór bardzo dziwny, niemal abstrakcyjny. Holender, wybierając Niemcy, nie brał pod uwagi jedynie swojej kariery. Myślał również o przyszłości swojej kobiety.

Beckhamowie po niderlandzku.

Czym go skusił SV Hamburg? Na pewno nie grą w europejskich pucharach. Van der Vaart zaliczył w niemieckim klubie zaledwie 19 występów na europejskiej arenie – 3 w Lidze Mistrzów i 16 w Pucharze UEFA. W tym samym roku, kiedy przeprowadzał się do naszych zachodnich sąsiadów, wziął ślub z Sylvią Meis – holenderską modelką i prezenterką telewizyjną. Ich małżeństwo w Kraju Tulipanów i Wiatraków było odbierane podobnie jak małżeństwo Beckhamów. Meis dostała angaż w niemieckim talent show, w którym pełniła rolę jednej z jurorek. Jak widać, miała twarde argumenty, żeby przekonać swojego męża do przeprowadzki akurat w takie miejsce.

Trzy lata w Niemczech zmusiły Holendra do szukania nowych wyzwań. Z Hamburgiem nie zdobył żadnego trofeum, a przecież to jest celem wszystkich wielkich piłkarzy (takim niewątpliwie był Rafael van der Vaart). To nie oznacza jednak, że obniżył on w jakikolwiek sposób loty. Zadomowił się w Niemczech równie dobrze, jak małżonka, czego dowodem mogła być opaska kapitana, która zdobiła jego przedramię podczas meczów Hamburga. Dlatego nie dziwiło wówczas zainteresowanie Realu Madryt, który tworzył w tamtym okresie holenderską kolonię. Żona próbowała przekonać go do pozostania w Niemczech, gdyż bardzo jej się podobał status gwiazdy jaki miała w tym kraju. Jednak tym razem Van der Vaart postawił na swoim i tak w sierpniu 2008 roku Holender mógł z dumą zaprezentować białą koszulkę ze swoim nazwiskiem. Bez wątpienia jego przenosiny do stolicy Hiszpanii były spowodowane nie tylko podwyżką, ale i chęcią zdobycia nowych trofeów.

Zawód.

Tak można w skrócie określić jego pobyt w szeregach Los Blancos. A wcale tak się nie zapowiadało. Ledwo minęło 20 dni jego pobytu w stolicy Hiszpanii, a już powiększył swoją gablotę z pucharami. Holender raczej nie za bardzo pomógł w zdobyciu Superpucharu Hiszpanii w dwumeczu z Valencią, ale na pewno nie mógł narzekać na to, że na niego nie stawiono. W pierwszym meczu zaliczył 90 minut, a w drugim zaledwie 40, co było skutkiem czerwonej kartki zebranej jeszcze w pierwszej połowie przy stanie 4:2 w dwumeczu na korzyść Nietoperzy. Królewscy jednak nie robili sobie nic z gry w osłabieniu i odrobili straty z nawiązką, ciesząc się z pierwszego trofeum w nowym sezonie. Van der Vaart nie spodziewał się wówczas, że to będzie jego jedyna zdobycz podczas pobytu w Hiszpanii.

Może przez ten słaby początek nie postawiono w pierwszym sezonie na Van der Vaarta? Holender wchodził głównie z ławki i nawet wsparcie rodaków w szatni (Klaas-Jan Huntelaar, Ruud van Nistelrooy, Royston Drenthe, Arjen Robben, Wesley Sneijder) nie wystarczyło, żeby mógł przełożyć formę z poprzednich klubów na występy na Santiago Bernabeu. Rafael van der Vaart już zaczął powoli rozglądać się za powrotem do Niemiec, gdzie żyło mu się lepiej, gdy z madryckich klinik nadeszła druzgocąca wiadomość dla młodego małżeństwa – u Sylvii wykryto raka piersi. Przez to postanowili kontynuować leczenie na Półwyspie Iberyjskim i Holender przez kolejny sezon nadal prezentował barwy Los Blancos.

Letnie transfery Kaki i Ronaldo do Madrytu musiały działać na wyobraźnię Van der Vaarta. Znów poniekąd zgodził się na rolę zmiennika i w następnej kampanii nie miał znacznie lepszych liczb. To jednak nie przeszkadzało Bertowi van Marwijkowi na wysłanie mu powołania na nadchodzące mistrzostwa Świata w RPA. Van der Vaart zagrał w pięciu spotkaniach, ale żadnego w pełnym wymiarze czasowym. W przegranym po dogrywce finale z Hiszpanią został wpuszczony w 99. minucie przy stanie 0:0. W 117. minucie nieudolnie wybił piłkę kierowaną do Iniesty pod nogi Fabregasa i ten, widząc piłkarza Realu na murawie i osamotnionego adresata wcześniejszego podania, nie zastanawiał się dwa razy i ponowił próbę dostarczenia piłki do piłkarza Barcelony. Druga próba powiodła się i Iniesta, mimo rozpaczliwej interwencji Van der Vaarta skierował piłkę do siatki, grzebiąc ostatecznie nadzieje Holandii na mistrzostwo Świata. To musiało podwójnie zaboleć wychowanka Ajaksu, gdyż był wtedy kapitanem, po tym, jak z boiska zszedł Giovanni van Bronckhorst.

Mimo drugiego miejsca na mundialu, Holender wracał do klubu jako przegrany. Wracał do kraju, w którym świętowano tryumf, będący dla niego największą porażką w zawodowej karierze. Niedługo siedział w Madrycie i w ostatni dzień okienka transferowego przyjął ofertę Tottenhamu. Madryckie władze oddały go bez żalu.

Odbudowa kariery i początek upadku małżeństwa.

Dwa lata w deszczowym Londynie dobrze służyły Holendrowi. W 77 występach strzelił 28 bramek i zaliczył 18 asyst. Nie zwieńczył tego żadnym pucharem, ale za to Koguty dzięki jego wkładowi awansowały do 1/4 Ligi Mistrzów, gdzie odpadły z byłym klubem Holendra. Dla kibiców Kogutów będzie on jednak dobrze zapamiętany przez to jak prezentował się przeciwko ich największemu rywalowi. W wyjazdowym meczu, w jego pierwszym sezonie Arsenal wygrywał do przerwy 2:0 i można było przypuszczać, iż podopieczni Arsena Wengera nie wypuszczą tego zwycięstwa z rąk. Jednak w drugiej połowie fani Kanonierów zobaczyli występ jednego aktora. Van der Vaart zaliczył dwie asysty i skutecznie wykonał „jedenastkę”, doprowadzając tym samym do zwycięstwa Tottenhamu.

W tym samym sezonie, w rundzie rewanżowej Kanonierzy chcieli wziąć odwet, ale im się nie udało m.in. przez dwie bramki Holendra. Gospodarze szanowali punkt ze spotkania, które zakończyło się wynikiem 3:3, bowiem przegrywali w jego trakcie już 1:3. Takie mecze zapadają w pamięci kibiców, więc nie dziwne, że do dziś wśród fanów Kogutów dobrze się wspomina 109-krotnego reprezentanta Holandii.

Niestety, pod koniec jego gry na Wyspach Sylvia przyznała się do licznych zdrad. Piłkarz okazał się wyrozumiały i próbował szukać rozwiązania tej sytuacji. Postanowił więc powrócić do Niemiec, gdzie jego ukochana czuła się najlepiej.

Girls, girls, girls.

W Hamburgu przywitano go z otwartymi ramionami. Nie dość, że zawodnik nie pozostawił po sobie smrodu po poprzednim pobycie, to jeszcze zdawał się być w życiowej formie. Wszedł niemal z marszu w rozgrywki Bundesligi, notując w pierwszych czterech spotkaniach cztery asysty i jednego gola, grając niemalże po 90 minut. Na koniec listopada przytrafiła mu się jednak kontuzja, która zakończyła jego występy w 2012 roku. Roku, który zakończył w najgorszy dla siebie sposób.

W sylwestrową noc na oczach świadków uderzył swoją żonę, co nie umknęło lokalnym mediom. Van der Vaart kajał się w prasie, mówiąc o swoim idiotycznym zachowaniu, ale opinia publiczna pozostawała bezlitosna. To wszystko zbiegło się również z plotkami o niewierności piłkarza. Pikanterii romansowi dodawała osoba kochanki Van der Vaarta – była nią przyjaciółka ówczesnej żony, Sabia Boulahrouz. Sylvia ponoć nie pozostała dłużna swojemu mężowi i sama postanowiła romansować z wrogiem byłego męża, Zlatanem Ibrahimoviciem. Niezła telenowela, co? Trzeba jednak oddać Holendrowi to, że raczej nie gustował w brzydkich kaczątkach.

(od lewej: Sabia i Sylvia )

Jeszcze na dobre nie rozwiódł się z Sylvią, a już zaczynał planować ślub z kochanką. Miał upłynąć zaledwie rok po tym, jak publicznie uderzył byłą żonę, a już miał się związać z jej koleżanką. Co więcej, do mediów przedostała się informacja o tym, że świeżo upieczona para spodziewa się dziecka. Jak myślicie, jak mógł wtedy wyglądać piłkarz w oczach opinii publicznej?

Rok 2013 zapamięta na długo, bo w jego życiu prywatnym działo się zbyt wiele i najgorsze co mógł przeżywać wówczas Holender to to, że o jego tragedii można było przeczytać we wszystkich poczytniejszych kolorowych pismach. Fakt, sam sobie na to zasłużył, ale nie zazdroszczę mu prywatności w tamtym okresie. A raczej jej braku.

Powrót do Hiszpanii i kolejne rozstanie.

W 2015 roku Van der Vaart zakończył swoją przygodę w Hamburgu SV. Jak się okazało to właśnie w Niemczech spędził najwięcej czasu podczas swojej zawodowej kariery. Patrząc przez pryzmat jego początków w Amsterdamie, można to potraktować jako zawód. Holender w historii niemieckiego klubu zapisał się złotymi zgłoskami. Do dwusetnego spotkania zabrakło mu zaledwie jednej gry, ale podczas jego występów na niemieckich boiskach strzelił 66 bramek i zaliczył 55 asyst. W żadnym innym zespole nie wykręcił takich liczb. Jednak to co działo się później, nie jest typową historią z happy endem.

Przeprowadzka do Sewilli zbiegła się z jego kolejnym burzliwym rozstaniem. Widać, że Sabia musiała być dobrą koleżanką jego byłej żony, gdyż miała podobne upodobania (czyt. zdrady). Piłkarz w porę połapał się w podwójnym życiu partnerki i postanowił się z nią rozstać. Chwilę po tym bulwarówki miały czym żyć, gdyż już ex-partnerka piłkarza wyznała, iż jest w ciąży!

Jak wtedy Holender wyglądał na boisku? W ogóle nie wyglądał, bo najzwyczajniej w świecie nie grał. Jego kariera w Andaluzji skończyła się po sezonie, w którym Van der Vaart zagrał zaledwie w 9 meczach. Powodem były liczne kontuzje, ale i jego nocne wybryki też nie umknęły władzom Betisu. Postanowiono się z nim rozstać, gdyż był za dużym finansowym obciążaniem dla klubu z Sewilli.

Następne miejsce pracy wskazała mu kolejna miłość – Estavana Polman.

Ostatnie trofeum.

Młodsza o 9 lat partnerka Van der Vaarta jest reprezentantką Holandii w piłce ręcznej. Polman gra w duńskiej lidze, więc wychowanek Ajaksu znów poszedł za głosem serca i postanowił zasilić szeregi FC Midtjylland. Nie odcisnął on piętna na swoim nowym zespole, bo w dwa lata zagrał w nim zaledwie 20 gier, strzelając 2 bramki i notując tyle samo asyst, ale za to mógł w drugim sezonie zapisać na swoim koncie mistrzostwo Danii, które było jego ostatnim trofeum. Podobnie jak w przypadku jego poprzedniego pucharu zdobytego z Realem Madryt, nie mógł być uznawany za architekta tego sukcesu. W mistrzowskim sezonie zaliczył dosłownie sześć minut w dwóch meczach. W nowym otoczeniu spędzał większość czasu w gabinetach lekarskich, więc postanowił się przeprowadzić jeszcze bliżej nowej miłości – do Esbjerga, gdzie jego wybranka grała w drużynie szczypiornistek. Holender nie kręcił nosem i zasilił męską kadrę piłki nożnej tego samego klubu. Tam zaliczył zaledwie sto minut w czterech meczach. W końcu Van der Vaart powiedział pass i pożegnał się z piłkarską karierą.

To nie powinno tak się skończyć.

„Rozgrywałem mecze na cudownych stadionach, grając z piłkarzami z absolutnego topu. Nie mogłem o czymś takim marzyć, będąc młodym chłopakiem” – mówił na zakończenie 35-latek. Wydaje mi się jednak, że 109-krotny reprezentant Holandii czuje niesmak na koniec swojej kariery. Oczywiście, najłatwiej byłoby zrzucić wszystko na kobiety, które go otaczały przez ten czas, tak jak sugeruję w tytule. Myślę, że problem jest jednak znacznie szerszy. Van der Vaart przez całe swoje zawodowe i prywatne życie podejmował dziwne decyzje, przez co później ponosił ich konsekwencje. Kobiety mu nie pomagały, ale czy należałoby je obwiniać za to, że taki talent osiągnął tak mało w świecie futbolu? Trzeba jednak przyznać, że po raz kolejny potwierdza się pewna piłkarska prawda, że „za sukcesem zawodnika stoi porządna kobieta”.

Dominik Bożek
twitter: @DominikBozek