Chwile nieulotne #17 – Kazimierz Deyna (1947-1989)

  • Redakcja

23 października br. minęła 71. rocznica urodzin legendarnego piłkarza warszawskiej Legii. Kazimierz Deyna to dla fanów „Wojskowych” zdecydowanie ktoś więcej, niż tylko zawodnik ich ukochanego klubu. Dzisiaj Deyna to mit, o czym np. przy każdej niemal okazji przypomina warszawiak Paweł Sołtys, czyli Pablopavo. Muzyk rzadko kiedy rozstaje się z czapeczką z wizerunkiem Legionisty. Nie zawsze jednak bywało tak kolorowo. Ostatni, amerykański etap życia „Kaki”, jak bywał nazywany, jest po prostu bardzo smutny. W 2012 roku sprowadzono na Wojskowe Powązki prochy tragicznie zmarłego w USA piłkarza.

Kapitan wspaniałej, złotej ekipy „Orłów Górskiego” z Monachium ’72, gdzie został zresztą królem strzelców Igrzysk, a zdaniem wielu ekspertów i kibiców, najlepszy polski piłkarz wszech czasów przyszedł na świat w 1947 roku w Starogardzie Gdańskim. Tam też – w nieistniejącym już klubie Włókniarz Starogard – pobierał pierwsze nauki piłkarskiego rzemiosła. Po epizodzie w łódzkim ŁKS-ie szybko, bo już w 1966 roku trafił do warszawskiej Legii, ponieważ… został powołany do wojska. Barw stołecznego klubu bronił aż do 1978 roku, do czasu wyjazdu do Manchesteru City. W 304 spotkaniach zdobył 94 bramki. Dwukrotnie sięgnął z Legią po mistrzostwo Polski (1969, 1970) oraz krajowy Puchar (1973). W latach 70. stał także za legijnymi sukcesami w Pucharze Europy. Od sezonu 2006/07 nikt nie ma prawa nosić w Legii jego koszulki z nr 10.

Polscy kibice najbardziej pamiętają Deynę-maga z reprezentacji narodowej. W sumie dla Biało-Czerwonych zdobył 41 goli w 97 meczach. Owszem, z rozrzewnieniem wspomina się złoto w Monachium, czy srebro olimpijskie w Montrealu cztery lata później. W 1974 roku nasi kadrowicze na boiskach Republiki Federalnej Niemiec osiągnęli swoje maksimum – trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata. Po pamiętnym „meczu na wodzie” z gospodarzami oraz po wspaniałym triumfie i trafieniu Grzegorza Lato z Brazylijczykami. Deyna zaś we wcześniejszym spotkaniu z Włochami popisał się strzałem absolutnie wyjątkowej urody. Takim, którego nie powstydziliby się dzisiejsi herosi piłki nożnej:

Oglądając powyższą powtórkę, przyznajcie Państwo, można mieć dreszcze. Podobnie zresztą, jak przy wideo z 1977 roku, gdy na Stadionie Śląskim w Chorzowie Polacy zmierzyli się w kluczowym spotkaniu, decydującym o awansie do MŚ ’78 z Portugalią. Deyna… strzelił bezpośrednio z rzutu rożnego, wprawiając najpierw kibiców w ekstazę, by chwilę później być głównym „oskarżonym”. Dlaczego w „Kotle Czarownic” po ciszy, która zaległa po wyczytaniu nazwiska strzelca wspaniałej bramki, nastąpiły gwizdy? Bez wątpienia ich adresatem był właśnie kapitan kadry. Powodem tego haniebnego wydarzenia, było to, że Deyna był jeszcze wtedy zawodnikiem znienawidzonej w różnych zakątkach kraju (szczególnie na Górnym Śląsku) Legii Warszawa…

Cieniem na reprezentacyjnej karierze „Kaki” kładzie się także niewykorzystany rzut karny w pojedynku z Argentyną podczas nieudanych MŚ w 1978 roku. Deynę tuż przed próbą miał szczególnie wzburzyć młody, gniewny i bezczelny Zbigniew Boniek. „Kaziu, jeśli nie czujesz się na siłach, ja strzelę” – miał powiedzieć Legendzie. Deyna „zagotował się” i nie trafił. A Polska, mimo kapitalnego składu, zajęła w mistrzostwach odległą 5-6 pozycję. Gracz warszawskiej Legii po tej imprezie zrezygnował z kadry. Miał wówczas 31 lat. I dopiero w tym właśnie wieku wypuszczono go z kraju. Wcześniej – jako oficer Ludowego Wojska Polskiego – nie dostał zgody na wyjazd na Zachód, do kraju z NATO. Ostatecznie, 22 listopada 1978 roku podpisał kontrakt z Manchesterem City, choć chciały go największe „firmy” z Realem Madryt, Bayernem Monachium i AC Milan na czele.

W Anglii zaczęły się kłopoty, nie tylko boiskowe. Ale zacznijmy od nich. Roman Kołtoń w monumentalnej biografii pt.Deyna, czyli obcy” (Poznań 2014), przywołuje felieton Krzysztofa Mętraka, w którym pisze on m.in., że Deyna „nie był fizycznie przygotowany do tamtejszych warunków: zawsze miał kłopoty z kondycją i szybkością, a i wiek tu powoli robi swoje”. Poza tym – pisze Mętrak – „Kaka” musiał mieć centralną funkcję w drużynie, „pozbawiony tej roli, niemogący odnaleźć kontaktu i zrozumienia z partnerami, wiele traci”. Nic dziwnego, że w City nie spełniał pokładanych w nim początkowo nadziei. Co gorsze, to właśnie w Manchesterze w klubie polonijnym zaczął regularnie pić whisky, choć w Polsce uchodził za (prawie) abstynenta. Jak napisał Stefan Szczepłek w innej biografii Deyny: „uwielbiał tylko bliskie kontakty trzeciego stopnia z dziewczynami”.

Na Wyspach jego słabości zaczęły go przygniatać. Pod koniec 1980 roku miał poważne problemy z prawem – prowadził pod wpływem alkoholu, uciekał przed policją, radiowóz zderzył się z samochodem, rannych zostało aż pięć osób. Klub próbował wyciszyć sprawę. W porę pojawiła się oferta z amerykańskiego klubu San Diego Sockers, a wcześniej propozycja, by Deyna zagrał w filmie Johna Hustona „Ucieczka do zwycięstwa” u boku gwiazd kina (m.in. Michael Caine, Max von Sydow, Sylvester Stallone) oraz boiska (Pele, Bobby Moore, Oswaldo Ardiles).

Gra w Stanach tak naprawdę nie była poważna. No, może poza występami w hali. Deyna zakończył karierę pod koniec maja 1987 roku. Nieco ponad dwa lata później doszło do tragedii. W nocy z 31 sierpnia na 1 września jego biały Dodge Colt na autostradzie uderzył w zaparkowaną na awaryjnym pasie ciężarówkę. Nie miał szans na przeżycie. W jego organizmie stwierdzono obecność alkoholu.

Był świetnym graczem na boisku, ale słabym człowiekiem. Sekcja zwłok wykazała dwa promile alkoholu we krwi. Gdyby częściej słuchał żony, pewnie by żył. Nie wyszłabym po raz drugi za Deynę. Życie z gwiazdą jest ciężkie, a mnie chwilami brakowało sił, aby ten ciężar udźwignąć” – przyznała w jednym z wywiadów jego żona Mariola. Wielkiego piłkarza pochowano na cmentarzu w San Diego. Sześć lat temu, jak już wspomniano, jego prochy wróciły do Polski. „Dojrzałam do tej decyzji. Uszczęśliwiłam kibiców, a on wrócił do domu, czego zawsze pragnął” – powiedziała Mariola Deyna.