Marian, Ty chyba tylko żartowałeś…

  • Redakcja

W dobie coraz większej popularności i wzrostu znaczenia tzw. „mejwenów” każdy pragnie aspirować do tego, jakże elitarnego w naszym kraju grona. Rodzi to, niestety, wiele zagrożeń, a podstawowym z nich jest przeświadczenie, że posiadanie określonej pozycji biznesowej z marszu legitymuje daną osobę do kreowania się na „lidera opinii”. Brutalnie przekonał się o tym Marian Kmita, który popełnił ostatnimi czasy tekst na temat Wilfredo Leona: i pewnie nikt by o tym felietonie niespecjalnie wiedział i chciał go czytać, gdyby nie porównanie twórcy jednego z największych portali internetowych o piłce do nazisty. Szef sportu w Polsacie chciał wyjść na kontrowersyjnego, a wyszło jak z profesjonalnym studiem Ligi Mistrzów w jego stacji…

Marian Kmita zdaje się wyznawać zasadę, którą kieruje się większość ze świata szeroko pojętych celebrytów: „nieważne, co mówią, ważne, aby mówili”. Co gorsze jednak nieco on rozbudował to stwierdzenie interpretując je jako: „nie myśl, co mówisz, mów”. Tak było i dwa lata temu, gdy pytany o ewentualny udział Adama Kownackiego, obecnie najlepszego polskiego pięściarza wagi ciężkiej, na gali Polsat Boxing Night 5 odpowiedział:

„Dla mnie, jeśli miałbym go namawiać do Polsat Boxing Night, to musielibyśmy troszkę o sylwetce pogadać, żeby tak zbliżył się do pana Izu (przyp. red. Izu Ugonoh), jeśli chodzi o rzeźbę. To jednak jest show biznes i musimy dbać o wszystko, o estetykę” [źr. WP Sportowe Fakty)

Być może Pan Kmita nie dosłyszał nazwy wydarzenia i pomylił je z „Tańcem z Gwiazdami” lub po prostu espresso za mocno weszło, lecz należy jednoznacznie stwierdzić, że taka wypowiedź niezbyt przystoi do szefa sportu jednej z największych polskich telewizji: na całym świecie mnóstwo jest wszak różnej maści ignorantów, którzy zabierają głos w sprawach, o których kompletnie nie mają pojęcia, a co powiedzieć wówczas, gdy tak bezsensowne słowa padają z ust kogoś, kto odpowiada za ofertę sportową danego miejsca. Wówczas Mariana Kmitę śmiało mogliśmy określić jako „świąteczny entuzjasta boksu”. Dwa lata później dyrektor sportu postanowił już pójść w nieco innym kierunku i na łamach swojego felietonu rozpocząć lekcję historii, dywagację na temat stanu Europy oraz próbował bronić Wilfredo Leona przed otwartymi przejawami nazizmu. Problem w tym, że to ostatnie zjawisko w ogóle nie wystąpiło. Zawsze boli, gdy obywatele naszego kraju, tak doświadczonego przecież przez II wojnę światową, bez specjalnej refleksji operują takimi pojęciami jak „nazista”, gdy jedynym problemem jest tylko fakt, iż autor kompletnie nie zrozumiał słów danej osoby i wykorzystuje je do przedstawienia odrealnionego stanowiska. Jeżeli ktoś uważa, że na kanwie takiej wypowiedzi powstała ideologia prowadząca do rozwoju faszyzmu w latach 30. XX wieku, to zdecydowanie lepiej, aby zajął się czymkolwiek innym niż pisanie tekstów (np. próbą ogarnięcia rozgrywek Ligi Mistrzów, degustacją przepisów podawanych podczas studia), aniżeli zabierał się za felietony, które spokojnie mogłyby kandydować do kategorii Science – Fiction lub dzieł Gombrowicza, tyle że pisanych całkowicie na poważnie. A najlepszy jest fakt, że pisząc właśnie taki tekst Kmita sam zaatakował Leona, gdyż sprowadził jego osobę tylko i wyłącznie do koloru skóry, aniżeli umiejętności sportowych, którymi mógłby rywalizować z resztą kadry i wpłynąć pozytywnie na jej poziom sportowy.

Po lekturze obydwu wypowiedzi Kmity (ta druga, niestety, nieco wypala oczy) zastanawiam się, co zrobiłby, gdy musiał wystąpić on w studiu obok grubego Kubańczyka. Z jednej strony pewnie kolejny raz wygłosiłby swoją tyradę, na temat potencjalnego rasizmu i poruszył, jak niewolno lekceważyć nam dorobku zachodniej cywilizacji, ale z drugiej zaś – siedzieć w studiu obok grubasa?! Przecież to mogłoby zepsuć całe poczucie jego estetyki medialnej. Nie wymagam od Pana Mariana, aby pisał niesamowite felietony, po których nawet nasz wieszak na ubranie wstaje i bije brawo, natomiast od osoby na takim stanowisku wymagam choć minimum logicznego myślenia, a przede wszystkim dość przemyślanych wystąpień. Jako twarz telewizji Polsat tak bezsensowne komentarze uderzają bowiem, przede wszystkim, właśnie w jego stację i zastanawiam się, jak ma to poprawić jej ostatnio nadszarpnięty wizerunek. Najbardziej nie lubię, gdy za pomocą mediów rozgrywane są prywatne wojenki, a znajduje tylko takie wytłumaczenie dla tak bezsensownego felietonu, który nie wnosi kompletnie nic opiniotwórczego do kwestii danej dyscypliny. Rada na to może być tylko jedna – nie umiesz pisać, nie pisz…

Felieton Mariana Kmity może poprzeć dość rozsądną tezę – aby być szefem sportu jednej z największych polskich telewizji nie musisz posiadać specjalnie wysokiego intelektu, bo tutaj ważne są tylko i wyłącznie predyspozycje biznesowe, tak ważne dla załatwiania kolejnych eventów czy wynegocjowaniu następnych praw telewizyjnych. Dlatego Panu Kmicie stanowczo doradzam, aby lepiej zajął się właśnie tymi kwestiami (szczególnie w obecnej sytuacji), aniżeli próbował zostać nowym mejwenem. Niestety, widzę małe szanse, aby gdziekolwiek w świecie przebił się program „Prawda Kmity” – no chyba że na Super Polsacie o 4:30, kiedy nikt nie będzie tego oglądał…

Karol Czyżewski