Chwile nieulotne #13 – Polska vs. Portugalia 2006

  • Redakcja

11 października nasi piłkarze zmierzą się na Stadionie Śląskim w Chorzowie z reprezentacją Portugalii w ramach Ligi Narodów UEFA. Dokładnie 12 lat temu na tym samym, jeszcze nieodrestaurowanym obiekcie, Polacy niespodziewanie i w wielkim stylu pokonali faworyzowanych Portugalczyków. Dzisiaj przypominamy to wydarzenie.

Zanim jednak przejdziemy do meritum, wypada poświęcić kilka zdań tematowi bardzo istotnemu. Człowiekowi, który miał „zbawić” polską piłkę na poziomie reprezentacyjnym. Trenerowi, któremu po części to trudne zadanie udało się. Leo Beenhakker. Doświadczony, wówczas 64-letni szkoleniowiec swoją karierę na ławce zaczynał już w latach 60. Był pomagierem wielkiego Rinusa Michelsa (tego od „futbolu totalnego”), a w latach 1985-86 i na mundialu we Włoszech w 1990 roku pełnił funkcję selekcjonera reprezentacji Holandii, wtedy jednej z lepszych na świecie. W swoim bogatym CV klubowym zaś, oprócz zawiadywania najlepszym klubom w swojej ojczyźnie, miał także, wcale niekrótkie, okresy pracy w wielkim Realu Madryt. Do Polski trafił jednak z kadry narodowej maleńkiego Trynidadu i Tobago, który pod wodzą Beenhakkera jedyny raz w historii awansował do Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku.

Miał być „zbawcą”. Miał dźwignąć polską piłkę reprezentacyjną z dołka, w którym znalazła się po nieudanym mundialu u naszych zachodnich sąsiadów. „Wtorek 11 lipca 2006 roku przejdzie do historii polskiego futbolu. Tego dnia prezes PZPN Michał Listkiewicz poinformował, że selekcjonerem biało-czerwonej reprezentacji będzie Leo Beenhakker. Nie jest to pierwszy zagraniczny szkoleniowiec naszej drużyny narodowej. Za to nikt wcześniej nie zarabiał takich kroci. Prezes PZPN nie podał oficjalnej sumy kontraktu. Przyznał tylko, że jest nieco niższa, niż krążące w mediach 600 tys. euro rocznie” – podawał tygodnik „Piłka Nożna” (nr 29 z 19 lipca 2006, s. 6).

Holender miał zarabiać nawet pięć razy więcej od Pawła Janasa. Według prostej kalkulacji styl gry i wyniki kadry pod jego ręką miały być właściwie także pięć razy lepsze. Nie dziwi więc, że gdy Polacy na „dzień dobry” w debiucie towarzyskim ulegli w Danii 0:2, a później – już w eliminacjach do Euro 2008 – przegrali w Bydgoszczy z Finami 1:3, Beenhakkera z lubością w mediach mieszano z błotem, a przecież zawiedli piłkarze-liderzy poprzedniej kadry m.in. Jerzy Dudek, czy Arkadiusz Głowacki.

„Eliminacji nie zaczęliśmy dobrze, ale on nie pozwolił nam się tym zamartwiać. Cały czas powtarzał, że mamy robić swoje, żeby się nie przejmować, że będzie lepiej. Epatował spokojem i optymizmem. I jakby tego było mało selekcjoner zaczął w mediach opowiadać takie rzeczy, że wielu ze zdziwienia pukało się w czoło. Wśród niedowiarków byli nasi szkoleniowcy, niektórzy działacze związku. Ale trudno ich za to winić. No bo jak po takim meczu mieli patrzeć na sędziwego jegomościa, który zaczyna opowiadać, że Polska jest kopalnią piłkarskich talentów. Że nasi gracze nie są gorsi od Francuzów czy Włochów. I wystarczy poukładać te klocki, tchnąć w zespół nowego ducha i wszystko będzie inaczej” – w książce Dariusza Koźlenko i Krzysztofa Olejnika pt. „Leo Zawodowiec” wspominał debiutujący u Beenhakkera Łukasz Garguła.

I Leo faktycznie klocki poukładał. Może jeszcze nie w kolejnym spotkaniu z Serbią (1:1) i nie do końca w Kazachstanie (skromna wygrana 1:0), ale już w następnym meczu – na pewno!

Troszkę starsi kibice dobrze pamiętają, jaki nastrój towarzyszył dniom przed starciem z Portugalią. Z Portugalią-czwartą ekipą świata, prowadzoną przez ekscentrycznego Brazylijczyka Luiza Felipe Scolariego. Ricardo w bramce, duet Chelsea Paulo Ferreira i Ricardo Carvalho w obronie, pomocnicy Deco i Maniche, a w napadzie Nuno Gomes, Nani, Simao, czy wreszcie 21-letni gracz Manchesteru United Cristiano Ronaldo. Nazwiska niczego sobie. Za którymi stały także wyniki. Ale nazwiska, jak wiadomo, same nie grają.

W październikowy wieczór naładowani pozytywną energią Polacy dosłownie zmietli ich z murawy Stadionu Śląskiego. W „Kotle Czarownic” kolejny raz zbudowano piłkarską legendę. Bohaterem niezapomnianego meczu był strzelec dwóch bramek i nowa reprezentacyjna gwiazda Euzebiusz Smolarek. Brylowali niemal wszyscy, a oglądając popisy wtedy ligowych średniaków Grzegorza Bronowickiego, czy Pawła Golańskiego można było zadawać sobie pytanie: „Kurde, o co tu chodzi?!”.

Pojedynek w Chorzowie miał podwójny jubileusz – był pięćdziesiątym kadry narodowej w 50-letniej historii Stadionu Śląskiego. Co jednak najważniejsze, rzeczywiście tchnął nowego ducha w zespół Beenhakkera. Jego piłkarze w kolejnych 10 meczach eliminacji do Euro 2008 zgarnęli 21 punktów (bilans: sześć zwycięstw, trzy remisy i jedna porażka) i z pierwszego miejsca pierwszy raz w dziejach awansowali do Mistrzostw Europy.

„Jak to się stało, że wygraliśmy? Powodów było kilka. Po pierwsze, oni nas strasznie zlekceważyli. Pamiętam, że czytałem w gazecie przed meczem, że Ronaldo przyleciał na zgrupowanie spóźniony, prywatnym odrzutowcem. Ktoś w ogóle nie został powołany ze względu na mały rozmiar przeciwnika, jeszcze ktoś inny publicznie nas bagatelizował. Leo Beenhakker umiał to wykorzystać w mowie motywacyjnej. Potrzebowaliśmy tego, ale sami też się nakręciliśmy (…). Atmosfera po meczu? Wszyscy zwariowali, pamiętam, że ktoś powiedział „to się nie dzieje, to sen”. Szaleliśmy z radości. Portugalia była wtedy bardzo mocna, wróciła z mundialu na czwartym miejscu, ale przecież w półfinale przegrała z Francją tylko 0:1. Zmiażdżyliśmy ich, to był nokaut w pierwszej rundzie” – wspomniał Euzebiusz Smolarek (sportowefakty.wp.pl).