Był wieczór Woffindena, będzie prezesa Mrozka i jego ROW-u?

  • Redakcja

Tai Woffinden zrobił to, czego wielu od niego oczekiwało. Mimo swojego kosztownego błędu i najpewniej złamanej kości śródstopia, zdołał wygrać ostatnią tegoroczną rundę Grand Prix i całą klasyfikację cyklu. Zgarnął więc już trzeci tytuł mistrza świata do swojej kolekcji. Nigdy wcześniej nie dokonał tego żaden Brytyjczyk. – Dedykuję ten tytuł mojemu zmarłemu przyjacielowi Tomaszowi Jędrzejakowi – powiedział tuż po rywalizacji.

Rozpoczęło się zgodnie z planem. Dwie trójki Woffindena i dwie – ku euforii nadkompletu publiczności na Motoarenie – Bartosza Zmarzlika. Schody dla zawodnika Betardu Sparty zaczęły się w 11. biegu. Mistrz pojechał trochę jak junior – na wejściu w pierwszy łuk popełnił dość prosty błąd techniczny, który skutkował solidnym uderzeniem o tor i możliwym złamaniem śródstopia (!). Gdy w 13. wyścigu „Tajski” znowu stracił punkty, a Zmarzlik był niepokonany, w boksie Brytyjczyka musiało zrobić się ciepło, bo jego przewaga stopniała do zaledwie pięciu „oczek”.

Mistrz pokazał jednak wielką klasę. Startując z kontuzją szybko się ogarnął – pewnie awansował najpierw do półfinału, a następnie do finału. Mało tego: z Torunia wyjechał z dwoma pucharami, bo oprócz mistrzowskiego zgarnął także nagrodę za wygrany turniej. W kluczowym biegu pokonał śmigającego po torze Motoareny Artioma Łagutę. Rosjanin do finału jeździł w stylu Tomasza Golloba – po prostu „płynął” po toruńskim obiekcie, często już na starcie zyskując sporą przewagę nad rywalami. Co ten gość ma za sprzęt… Współpraca z inżynierami z F1 naprawdę przynosi znakomite efekty.

Podczas finałowego Grand Prix w Toruniu nie obyło się także bez kontrowersji/”kontrowersji”. Najszerzej komentowana była ta z 15. biegu, gdzie Zmarzlik miał – głównie według brytyjskich obserwatorów – wjechać w tor jazdy Przemysława Pawlickiego i tym doprowadzić do jego upadku. Sędzia z Danii Jesper Steentoft po analizie powtórek podjął w naszej opinii słuszną decyzję o wykluczeniu Pawlickiego, który nieco wystraszył się odważnego ataku Zmarzlika i to tak naprawdę doprowadziło do jego zapoznania z torem.

Po drugie, ósmy bieg powinien zostać przerwany po tym, jak ewidentnie z „lotnego” startu wyjechał Jason Doyle. Sędzia jednak puścił rywalizację, a Australijczyk nie obejrzał tabliczki z ostrzeżeniem. Dziwne. I nie pierwszy to raz, gdy w ocenie momentu startowego nie wiadomo, kiedy arbiter podejmie jaką decyzję. Brakuje tu jasności w interpretacji przepisów.

Po trzecie – tor. Niestety dla nadkompletu publiczności zawody w Toruniu nie były zbyt ciekawe. To doprawdy sztuka (Phil Morris, słyszysz? czytasz to?), by nie zrobić z nawierzchni Motoareny areny do ścigania. Tor był ewidentnie zbyt suchy, kurzyło się, jak diabli. Pan Morris znowu czegoś tu nie dopilnował, co rodzi poważne pytanie o poziom jego kompetencji. Zostawmy to. W sobotę w grodzie Kopernika, mimo wszystko, wygrał zawodnik, któremu trzeci tytuł mistrzowski po prostu się należał.

ROW Rybnik vs. Falubaz Zielona Góra (kursy forBET: 1.55-2.55, remis 14.00)

Co się komu należy w naprawdę już ostatnim tegorocznym meczu PGE Ekstraligi? W pierwszym barażu w Zielonej Górze pewnie, bo różnicą aż 12 punktów wygrali gospodarze. I to oni są bardzo blisko utrzymania się w „najlepszej lidze świata”. Prezes Krzysztof Mrozek i jego „dzieci” zapewne tanio skóry nie sprzedadzą. Ciekawe tylko, jakich środków się chwycą, jakim powiedzonkiem przed kamerami nSportu znowu błyśnie pan prezes, który ma tę właściwość, że trudno przychodzi mu przyznanie się do błędu. Spiski wietrzy wszędzie, a jakoś nie zauważa, że problemem jest np. dyspozycja jego zawodników.

Czy pierwszoligowcy z Rybnika mają szansę sprawić psikusa „Myszom”? Na pewno są w stanie wygrać dzisiejsze spotkanie. Wątpimy jednak, że zrobią to w spektakularny sposób, dzięki czemu awansują do żużlowej elity w naszym kraju. Trio Piotr Protasiewicz-Michael Jepsen Jensen-Grzegorz Zengota powinno „trzymać” wynik korzystny dla gości.

Nasz typ: 47:43 dla ROW-u