Chwile nieulotne #11 – Żużlowa „niedziela cudów” 1984

  • Redakcja

Nie tylko fani futbolu wiedzą, co to znaczy „niedziela cudów” w kraju nad Wisłą. Dziewięć lat przed słynną piłkarską kolejką z 20 czerwca 1993 roku, dziwne wydarzenia rozegrały się także na obiekcie żużlowym. Z udziałem drużyny, która w najbliższą sobotę być może sięgnie po kolejne Drużynowe Mistrzostwo Polski. Unia Leszno – bo o tym klubie mowa – ma na swoim koncie 15 tytułów mistrzowskich. Byłoby 16 w kolekcji, gdyby nie… Ale od początku.

Sezon 1984 należał – tak, jak obecny– do dwóch drużyn: leszczyńskich „Byków” i gorzowskiej Stali. W barwach tej pierwszej ekipy liderami byli ci, którzy w nadchodzącą sobotę staną po przeciwległej stronie parku maszyn – Roman Jankowski oraz Zenon Kasprzak:

„Jankes” wywalczył w omawianym tu sezonie prestiżowy wówczas Złoty Kask. Kasprzak zaś w jedynie czterech spotkaniach ligowych zszedł poniżej 10 punktów. W pozostałych był bezapelacyjnym liderem Unii, często zapisując przy swoim nazwisku kolejne trójki – średnia 2,38 pkt/bieg mówi tu sporo, ale jeszcze więcej mówią statystyki Jankowskiego: 2,71. Obaj jednak nie popisali się w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski w Gorzowie. Jankowski zajął tam odległą 12. lokatę, Kasprzak zaś… był ostatni. Wygrał były zawodnik Stali Gorzów, Zenon Plech. I tu dygresja. W 1983 roku żużlowa Polska żyła dramatycznymi wydarzeniami z gdańskiego finału IMP. Już w pierwszym biegu doszło do wyjątkowo groźnego karambolu, po którym o życie w szpitalu walczył Jankowski. Część obserwatorów winą za spowodowanie niebezpiecznej sytuacji na torze obarczyła Plecha, który po rzekomym wyeliminowaniu „Jankesa” mógł wskoczyć na jego miejsce w finale kontynentalnym IMŚ w Rybniku… Wróćmy jednak do nie mniej kontrowersyjnego sezonu 1984.

Było o liderach Unii, to dla równowagi trzeba powiedzieć cokolwiek o najlepszych zawodników Stali. Gorzowianie mieli wówczas trzech głównych bohaterów: Bogusława Nowaka, Jerzego Rembasa i legendarnego Edwarda Jancarza. Nowak miał z nich najwyższą średnią (2,46), Rembas zdobył indywidualne wicemistrzostwo Polski, a Jancarz zaliczył swój przedostatni, ale bardzo udany sezon w karierze.

Nawet jednak to wspaniałe gorzowskie trio nie było w stanie przeciwstawić się jeszcze mocniejszej Unii Leszno. W trakcie całych rozgrywek, bo w bezpośrednich starciach dwa razy wygrała Stal. Przed ostatnią kolejką „Byki” po wygranej u siebie z Apatorem Toruń i porażką gorzowian w Opolu były już niemal pewne zdobycia tytułu mistrzowskiego. By tego dokonać musiały wywieźć z Rzeszowa co najmniej remis. Co w tym wszystkim kluczowe – podział punktów urządzał także gospodarzy z Podkarpacia, bo dawał im spokojne utrzymanie w 1. lidze. I chyba nie trudno zgadnąć, jakim wynikiem zakończyło się to spotkanie, choć do 11. wyścigu leszczynianie wygrywali aż 41:25, a Kasprzak i Mariusz Okoniewski byli niepokonani… „Po jedenastym biegu sędzia zarządził przerwę na kosmetykę toru i zauważyłem, że zawodnicy i jednej i drugiej drużyny wychodzą do szatni. Potem niektórzy z mojej ekipy odmawiali jazdy, inni ją pozorowali. I skończyło się remisowo” – w rozmowie z Robertem Nogą wspominał ówczesny kierownik Unii Jan Nowicki.

Spory huk przetoczył się także po ówczesnej prasie, choć trzeba przyznać, że nie od razu. Dzień po meczu, 8 października dziennikarz katowickiego „Sportu” Adam Jaźwiecki po prostu zrelacjonował spotkanie dodając jakby od niechcenia – „remis „urządzał” oba kluby (…). Wynik padł remisowy, obie strony były więc bardzo zadowolone”, a redakcja „serdecznie gratuluje leszczynianom” (nr 198, s. 2). Dopiero w numerze z 11 października na ostatniej stronie pojawiła się ciekawa, ironiczna relacja (pt. „Walczyć do końca”) „żużlowego kibica X”. Czytamy w niej m.in. „Jest remis oznaczający tytuł dla Unii i uwolnienie Stali Rzeszów od dodatkowych spotkań (w barażu – przyp. red.). Co za ulga. Na murawie radość. Zawodnicy padali sobie w objęcia. Cieszą się jak dzieci. Działacze okazują zadowolenie powściągliwiej, jakby godniej. Świąteczny nastrój psuje trybuna. Tu nikt nikogo nie obejmuje. Jedni patrzą wilkiem, inni się śmieją. Nie ma w tym śmiechu radości. Wielu gwiżdże. Niektórzy machają banknotami. Cóż za podłe insynuacje! Przecież w duchu sportowej rywalizacji kształtujemy postawy młodego pokolenia! Uspokojony wróciłem do domu”.

Bartłomiej Czekański z tygodnika „Sportowiec” w swoim felietonie pt. „Teatrzyk dla naiwnych” z 30 października, przeplatanym wypowiedziami bohaterów owego meczu, z jednej strony przyznawał: „W polskim żużlu „nie ma winnych – wszyscy święci”, jakby zaryczała (bo przecież nie zaśpiewała) młodzieżowa grupa TSA, a może dałbym sobie to wmówić, gdybym nie zetknął się z wieloma brudnymi machlojkami, dziejącymi się w tej dyscyplinie (w innych też) sportu”. Z drugiej zaś strony Czekański zajął jasne stanowisko, pisząc: „Co innego domyślać się, podejrzewać, a co innego udowodnić. Dlatego „wyrok” Głównej Komisji Sportu Żużlowego w „aferze” rzeszowskiej jest dla mnie nonsensowny”.

Jaki to był wyrok? Z pewnością bez precedensu: Leszno zostało pozbawione tytułu, ten po prostu nie trafił do żadnej drużyny. Rzeszów musiał walczyć w barażach z Tarnowem. Poza tym, zawieszono kierowników obu drużyn. Ukarano także zawodników, którzy brali udział w czterech ostatnich wyścigach, a więc Włodzimierza Helińskiego, Romana Jankowskiego, Grzegorza Sterna, Arkadiusza Zielonko, Mariusza Okoniewskiego i Marka Bzdęgę (z Unii Leszno) oraz Antoniego Krzywonosa, Eugeniusza Błaszaka, Andrzeja Surowca, Ryszarda Czarneckiego, Janusza Stachyrę i Grzegorza Kuźniara (ze Stali Rzeszów). GKSŻ zakazała im rywalizacji we wszystkich imprezach, poza ligą i IMP, zaś reprezentantów Polski z tego grona wyrzucono z kadry.

Miejmy nadzieję (mamy, oczywiście), że nadchodzący finał rozgrywek 2018 w żadnej mierze nie będzie przypominał haniebnych wydarzeń z października 1984 roku.