Jak Serenę zrozumieć, a jednocześnie potępić

  • Redakcja

Jestem w stanie zrozumieć emocje, jakie targały Sereną Williams podczas sobotniego finału US Open. Jej skandaliczne zachowanie na korcie obiegło cały świat. Nie pochwalam go. Nawet potępiam. Ale jednocześnie wydaje mi się, że w takich chwilach bardzo łatwo jest nam wydawać osądy.

W jeden wieczór Serena z królowej tenisa stała się „głupią kretynką, niepotrafiącą wytrzymać presji, która powinna skończyć karierę”. Takie opinie dominują w komentarzach internautów po sobotnim finale na kortach Flushing Meadows. Pobawię się trochę w adwokata diabła (w tym przypadku diablicy) i wezmę stronę Amerykanki. Nie po to, by wybielać jej złe zachowanie, ale by w jej krytyce znaleźć punkt równowagi. Od kilkudziesięciu godzin odbywa się bowiem w internecie lincz na Williams, który zaszedł moim zdaniem za daleko. Niektórzy trochę zapędzili się w swoich komentarzach na jej temat.

Ustalmy kilka faktów, bo na nich najłatwiej jest się opierać. Czy Serena Williams zachowała się skandalicznie? Tak. Czy powinna zachować się inaczej? Powinna. Czy tym samym można powiedzieć, że generalnie nie wytrzymuje presji i najlepiej, jakby skończyła z tenisem? No nie do końca. Ktoś, kto wygrał w życiu 23 turnieje wielkoszlemowe, raczej wie, jak sobie radzić z presją. Pojedyncze wyjątki w tym zakresie nie mogą przykrywać wszelkich dowodów na to, że Serena jest niebywale odporna psychicznie. A tychże dowodów przez tyle lat jej kariery mogliśmy zaobserwować niezaliczoną ilość.

Zdarzyło się wczoraj #79 – kompletna żenada Sereny Williams

W sobotę Amerykanka była także pod gigantycznym obciążeniem psychicznym. Wyszła na największy kort świata jako zdecydowana faworytka w spotkaniu z 16 lat młodszą rywalką. Na trybunach 25 tyś. wiernych jej kibiców, którzy nie wyobrażają sobie, by Serena Williams nie wygrała. Słyszała non stop jakieś okrzyki, nawet pomiędzy pierwszym, a drugim serwisem. W dodatku miała zdobyć 24 szlem, wyrównać rekord wszech-czasów Margaret Court. Udowodnić przy okazji, że jest w stanie wrócić do formy sprzed urodzenia dziecka.

Jak widać – te wszystkie okoliczności ją przygniotły. Ale jestem w stanie się założyć z każdym, że nie ma obecnie tenisistki na świecie, która na miejscu młodszej z sióstr Williams podołałaby w sobotę podobnemu wyzwaniu. Bo czasami zapominamy, że ci bogato nagradzani sportowcy, ci sportowi herosi dzisiejszych czasów, mimo sukcesów i zdobytego doświadczenia… dalej pozostają ludźmi. Tak, są ludźmi i miewają chwile słabości. Na szczęście, bo inaczej rzeczywiście można byłoby ich podejrzewać o pokrewieństwo z robotami.

Zapominamy trochę o tym, że zawodowy sport to nie tylko diagramy, tabelki i analizy, ale przede wszystkim emocje, pasja, dynamizm gry. W ferworze walki dzieją się różne rzeczy. Nie do końca wiadomo, czy Amerykanka przyglądała się radom, jakie przekazywał jej trener Patrick Mouratoglou. On na pewno zachował się idiotycznie, bo wiedział, że nie wolno mu robić tzw. „coachingu”. Ale kto da sobie rękę uciąć, że nie była to wyłącznie jego inicjatywa? Czy Serena chciała od niego rad? Czy w takim razie na pewno powinna brać odpowiedzialność za jego zachowanie? Nie wiem. Tu nie ma dobrych odpowiedzi. Dlatego podziwiam tych, którzy tak łatwo potrafią wydawać osądy. A najbardziej tych, którzy dokonują ich przed telewizorem na kanapie kilkanaście tysięcy kilometrów od kortu. Tylko naoczni widzowie mogli wyłapać, jak to dokładnie było na linii Williams –Mouratoglou. Pytanie czy dobrze widział to sędzia? Obserwował ich spojrzenia i zachowania przez cały mecz? Jeśli by tak było, to nie miałby w ogóle czasu na oglądanie spotkania.

To, że 48-letni szkoleniowiec przyznał się w wywiadzie do „coachingu” też jeszcze nic nie oznacza. A co miał zrobić? Udawać durnia, gdy są nagrania, na których widać, że pokazuje coś (zapewne swojej tenisistce)? Dla mnie kluczowe jest tu zachowanie Sereny. Czy chciała tych rad i czy obserwowała komunikaty, jakie wysyłał jej Mouratoglou. Czy ktoś z Was widział, jak było naprawdę? Czy tylko sobie dopowiadamy, że skoro on coś pokazywał, to ona pewnie tego wcześniej od niego gestami zażądała, a co najmniej obserwowała jego rady?

Nie podlega dyskusji to, że Serena Williams powinna utrzymać nerwy na wodzy i zachować się w finale US Open inaczej. Tylko, że jej skandaliczna reakcja nie wygumkuje nagle wszystkich sukcesów, jakie w karierze osiągnęła. Dalej była, jest i będzie królową tenisa, nawet szerzej – światowego sportu. Mam wrażenie, że przy okazji nowojorskiego spotkania finałowego obudzili się wszyscy krytycy Amerykanki i wykorzystali okazję, by jej dowalić. Nie tylko za szopkę, jaką odstawiła w sobotę na Flushing Meadows, ale też generalnie – za całość. Ja nie potrafię tak łatwo jak oni stawiać radykalnych tez o końcu Sereny, o konieczności odejścia przez nią na emeryturę.

Dominik Senkowski