Bożydar Iwanow po meczu z Włochami: ciekawy nowy rozdział. Ale książka jest w trakcie tworzenia.

  • Redakcja

Futbol to naprawdę piękna gra. A jeszcze cudowniejsze są polemiki go dotyczące, szczególnie wówczas, gdy gra nasza reprezentacja. Po piątkowym remisie w Bolonii z Włochami jedni są zachwyceni, drudzy czują niedosyt, inni zaś twierdzą, że ten mecz w ogóle nie może nam o niczym mówić, w końcu ta „Squadra Azzura” to cień drużyny sprzed lat i ekipa duża słabsza niż nawet ta przegrana w mundialowych eliminacjach. W ataku ma przygrubego Mario Balotellego, który jak mówił w pomeczowym wywiadzie Zbigniew Boniek „ledwo mieścił się w majtkach”. Faktycznie, postawmy go przy Robercie Lewandowskim i stwierdzimy, że sylwetka Włocha przypomina bardziej kulomiota niż sprintera.

Do każdej oceny pierwszego meczu w roli selekcjonera Jerzego Brzęczka mam szacunek. Bo jak mawiał kiedyś lider kultowego zespołu „Kiss” Gene Simmons z opiniami jest jak z dziurą w pewnej części ciała. Każdy ma swoją. Choć akurat co do narzekania, że „Włosi zagrali padlinę, więc w ogóle nie ma się co podniecać” nie do końca się zgadzam. Przecież na formę rywala nie mamy wpływu. To nie nasza sprawa.

Fakt, że w drugiej części nasz zespół zdecydowanie się cofnął też niezupełnie w całości wynikał z tego, że nastawiliśmy się na obronę wyniku. Włosi przeprowadzili przecież dobre zmiany i przerwa po korektach taktyczno-personalnych pozytywnie na nich wpłynęła. Brzęczek nie wprowadził drugiego napastnika, Arkadiusza Milika czy Krzysztofa Piątka? Okay, tak pewnie zrobiłby „The Special One” Jose Mourinho. Ale na pewno nie w swoim pierwszym meczu o stawkę w roli nawet trenera Uniao Leiria czy Benfiki Lizbona. Nie ma się więc co polskiego selekcjonera czepiać.

Reasumując: spokojnie. Było dobrze, a momentami nawet bardzo, ale to ani nie czas na nadmierne zachwyty ani utyskiwania, że nie dobiliśmy „słabego Makaroniarza”. Nowy rozdział dopiero się zaczyna, ale czyta się go z zainteresowaniem. Ale ta książka jest jeszcze w trakcie pisania.