Bożydar Iwanow: Nietypowo o powołaniach

  • Redakcja

Nie było mnie kilka dni, bo „zwiedzałem” Kijów przy okazji meczu Dynama Kijów z Ajaksem Amsterdam o Ligę Mistrzów. Nie miałem więc okazji i czasu aby podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami dotyczącymi pierwszych powołań nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka. A chcę to uczynić w dość nietypowy sposób.

Zawsze jestem zdania, że my, Polacy, szczególnie w sporcie uwielbiamy snuć przewidywania i wyciągać wnioski zanim jeszcze dojdzie do konkretnego wydarzenia. Jest gdzieś nowy trener, to za nim rozpocznie pracę już twierdzimy, że to fachowiec albo, że nie ma bladego pojęcia i to przysłowiowa „wtopa”. Piłkarz? Nie, nie nadaje się, kopie się po czole, jest stary albo nie przemawia za nim ostatnio statystyka. Transfery albo powołania? Ten po układzie, następny od znajomego menedżera. A trzeci jeszcze z rodziny. Brakuje przecież pana „X” albo „Y”. Znów wszyscy bawimy się w selekcjonerów. Nawet w ostatnim Cafe Futbol w Polsacie Sport każdy z gości, w tym ja, wytypował „jedenastkę” na Włochy. Ale to była tylko zabawa.

Nie zamierzam więc wieszać psów na Brzęczku, że bierze do Bolonii swojego siostrzeńca albo wysłał powołania do klubu, w którym do niedawna pracował. Jeszcze niedawno oburzaliśmy się, że Adam Nawałka ściągał z Chin Krzysztofa Mączyńskiego, a przecież bez niego reprezentacja nie mogłaby funkcjonować tak dobrze, jak robiła to chociażby w eliminacjach do EURO 2016 czy samym turnieju finałowym we Francji. A pierwsze nominacje poprzednika Brzęczka to nazwiska Kosznika, Kowalczyka czy Marciniaka. I co z tego?

Chciał ich zobaczyć, dotknąć, sprawdzić, w czym problem? Była jakaś koncepcja, nikt nie ma patentu na nieomylność. Jak mawiał Sokrates: „Błąd jest przywilejem filozofów, nie mylą się tylko głupcy.” Dodałbym jeszcze do tego słowa, że cel uświęca środki. Być może kilkoma nazwiskami Brzęczek wprowadził zamęt. Ale z naganami czy pochwałami spokojnie bym poczekał.