Chwile nieulotne #4 – Czapka Kadyrowa

  • Redakcja

W czwartym odcinku naszego cyklu zajmiemy się historią odrobinę mniej znaną, ale nadal dość zagadkową. Niedawny triumfator żużlowych Indywidualnych Mistrzostw Polski (IMP) Piotr Pawlicki pośród kilku innych trofeów został udekorowany także specyficznym nakryciem głowy. Co to za czapka? Skąd się u nas wzięła? Kim był człowiek, któremu zawdzięcza swoją nazwę?

Według oficjalnej wersji dziennikarza Henryka Grzonki to kolejarska czapeczka, którą podczas torunée po Związku Radzieckim w 1963 roku podarował Polakom miejscowy zawodnik Gadbrahman Kadyrow. Zwycięzca IMP ’63 (niedawno zmarły) Henryk Żyto wyhaftował na niej swoje nazwisko, dzięki czemu dał początek nowej tradycji w polskim żużlu.

To nagroda przechodnia, nieoficjalna. I właściwie bezcenna. Rokrocznie trafia bowiem na głowę mistrza Polski. Nic dziwnego, że każdy krajowy żużlowiec marzy, żeby choć na chwilę móc ją przymierzyć. To kawał historii. Symbol. Mieli ją na sobie niemal wszyscy wielcy polskiego „czarnego sportu”. „Niemal”, bo kilku wybitnym zawodnikom nie było to dane, by wymienić tu takie tuzy jak np.: mistrz świata Jerzy Szczakiel, wicemistrz globu Paweł Waloszek, Henryk Glücklich, Marek Cieślak, Jerzy Rembas, czy Marian Rose. Aż ośmiokrotnie tego zaszczytu dostąpił Tomasz Gollob. Pięć razy miał ją na sobie Zenon Plech. Obu tych wielkich zawodników w klasyfikacji wszech czasów może jeszcze dogonić Janusz Kołodziej – triumfator trzech edycji.

No dobrze, ale wróćmy do samej czapki: skąd się u nas wzięła? Marek Cieślak w książce Wojciecha Koerbera pt. „Pół wieku na czarno” wspominał: „Towarzysze radzieccy lubili chadzać w tego typu nakryciach głowy i – jak wieść niesie – Kadyrow podarował swoje w Ufie Antoniemu Worynie i Staszkowi Pogorzelskiemu. Albo to nasi gwizdnęli mu ją dla jaj i tak już zostało”.

Jak się okazuje istnieje kilka hipotez dotyczących tego, jak owa czapka trafiła do naszego kraju. Niestety, nie można już zweryfikować ich u źródła. Gadbrahman Kadyrow, który największe sukcesy osiągnął w lodowej odmianie żużla, zmarł 31 lipca 1993 roku. A i spisane relacje polskich (i rosyjskich) świadków różnią się od siebie. Przywołajmy choć niektóre z nich.

Według jednej słynne nakrycie głowy… wcale nie należało do Kadyrowa! A do kogo? Do przypadkowego bagażowego z peronu w ówczesnym Leningradzie, skąd nasi kadrowicze (w tym m.in. Pogorzelski) wracali po jakichś zawodach międzynarodowych. Nieznany bagażowy po namowach dał, siedzącym już w pociągu, żużlowcom intrygującą czapkę do przymierzenia. Pociąg ruszył, a Polacy nie kwapili się, by ją oddać. „Suwenir” zauważył, słynący ponoć z twardej ręki szef polskiego żużla pułkownik Rościsław Słowiecki, który natychmiast zażądał wyjaśnień. Żużlowcy, wiedzeni instynktem samozachowawczym, na poczekaniu wymyślili historyjkę o radzieckim żużlowcu Kadyrowie i jego „darze” dla „bratniego narodu”.

Powyższa wersja dla wielu okazała się daleka od prawdy. Jak sytuację wspominał Henryk Żyto?

„Widziałem wszystko na własne oczy. Nie pamiętam już dokładnie, ale ani Woryna ani Pogorzelski nie zdjęli tej czapki Kadyrowowi z głowy, bo w Rosji okna od wagonów nie były otwierane, ale miały tylko lufciki (…) Na pewno nie była to też czapka żadnego konduktora lub bagażowego. Marian Kaiser wsiadając do pociągu zabrał czapkę żegnającemu nas Kadyrowowi, a na peronie było wtedy wiele osób, także działacze. Czy czapkę miał Pogorzelski? Mnie wydaje się, że on i pozostali siedzieli już w przedziale, a Kaiser wchodził ostatni i zabrał czapkę. Wiem jedno: Marian Kaiser miał tę czapkę, bo zabrał ją do Warszawy i potem, po finale IMP z 1963 roku, wręczył ją mnie” – opowiadał Żyto (speedwayekstraliga.pl).

Rosyjski dziennikarz zajmujący się żużlem Nikołaj Ermolenko dotarł swego czasu do mechanika Kadyrowa Madisa Safullina, który na pytanie o możliwość podarowania przez jego szefa czapki Polakom uznał to za żart. Co ciekawe, po latach wydano dwie książki o Kadyrowie, w których słowem nie wspomniano o legendarnym już nakryciu głowy. A i sam zawodnik przy licznych okazjach nigdy o niej nie mówił.

„Nie mam wątpliwości: gdyby Kadyrow znał losy „swojej” czapki – szeroko by o nich mówił (…) Mimo tego, nie odważę się stwierdzić z całą pewnością, że nie podarował czapki polskiemu żużlowcowi. Chciałbym jednak wiedzieć co to za czapka i skąd się wzięła jako jedno z trofeów czempiona Polski. Twierdzę bowiem, że w ZSRR czapek o takim fasonie nie było w użyciu. Mówię to z pełnym przekonaniem” – powiedział Ermolenko. Dziennikarz po przekopaniu swojego archiwum zdjęć stwierdził, że takie charakterystyczne nakrycie głowy nosili górnicy w Donbasie, dokąd najpewniej skierowano Kadyrowa wraz z innymi zawodnikami radzieckimi w ramach popularnej wówczas w bloku wschodnim propagandowej akcji „kulturalnej”. Trasa czapki mogła więc wyglądać następująco: Donbas-Ufa-Warszawa.

Losy czapeczki-symbolu, która od 1963 roku zdobi głowy triumfatorów żużlowych IMP, co w skrócie pokazano powyżej, były dość zawiłe. Najlepsi polscy żużlowcy nanosili na nią swoje nazwiska do 2003 roku, a więc do momentu, w którym po prostu zabrakło na niej miejsca. Wtedy to zwycięzca turnieju o IMP, Norweg z polskim paszportem, Rune Holta zasponsorował nową czapkę. Rok później postanowiono, że indywidualny mistrz Polski otrzyma także oficerską rogatywkę ufundowaną przez Polski Klub Kawaleryjski im. 21. Pułku Ułanów Nadwiślańskich.

To jednak Czapka Kadyrowa – wraz z jeszcze wcześniej  od 1956 roku) wręczaną inną nagrodą przechodnią: Pucharem Józefa Dochy – są bezcennymi, świadczącymi o bogatej tradycji, symbolami polskiego żużla. I niech już tak zostanie.