Bohater Pawlicki i kolejny sędziowski skandal

  • Redakcja

Żużel, co pokazał ostatni trzydniowy maraton zawodów indywidualnych, jest sportem wybitnie nieprzewidywalnym. Sytuację dodatkowo komplikują często niezrozumiałe decyzje sędziowskie. A niestety znowu kilka ich było.

Do najbardziej kontrowersyjnej akcji doszło w leszczyńskim finale Indywidualnych Mistrzostw Polski (IMP). Stawka najwyższa z możliwych, na starcie czwórka najlepszych żużlowców turnieju. Niestety, jedną z głównych ról postanowił obsadzić sędzia Krzysztof Meyze. Szczegóły na poniższym filmiku (od 37:37):

Dlaczego po tak niewielkim kontakcie Bartosza Zmarzlika z Piotrem Pawlickim arbiter wykluczył tego pierwszego? Na pierwszym łuku?! W decydującym o mistrzostwie wyścigu?!?! Doprawdy trudno obronić postępowanie sędziego… Miał, owszem, prawo do takiej decyzji, ale ona po prostu wypaczyła sens rywalizacji. W necie, jak zwykle po takich sytuacjach, zrobiło się gorąco:

Głos, jak widać, zabierało spore i w dodatku szacowne grono ekspertów. Niektórzy popierali sędziego w jego wyborze. My jednak zgadzamy się z opinią, wedle której w powtórce finału IMP 2018 powinni byli jechać wszyscy. Tego samego zdania był już po zawodach… legendarny były żużlowiec Unii Leszno, a dziś trener tamtejszych juniorów Roman Jankowski. Słowa „Jankesa” w tej sytuacji znaczą naprawdę sporo, wszak sprawa dotyczyła lokalnego żużlowca.

Do drugiej poważnej kontrowersji doszło w 12. biegu niedzielnych zawodów o Indywidualne Międzynarodowe Mistrzostwo Ekstraligi (IMME) w Gdańsku. Sędzia Michał Sasień, także w spięciu na pierwszym łuku, postanowił wykluczyć Macieja Janowskiego, który sczepił się z (znowu on!) Piotrem Pawlickim. Hak Janowskiego trafił pod nogawkę leszczynianina, obaj niegroźnie upadli. Nie było w tym złośliwości, ot dość kuriozalny przypadek. Co ciekawe, po zaskakującej decyzji arbitra, za telefon chwycił Pawlicki, chcąc przekonać sędziego do zmiany decyzji. Nic to jednak nie dało, Sasień pozostał niewzruszony, a Janowski powtórkę biegu obserwował z parkingu.

Wzruszony po weekendzie był za to z pewnością młodszy z braci Pawlickich. To był zdecydowanie jego czas. Po pierwszym w karierze triumfie w finale IMP, 23-latek zajął bardzo dobre drugie miejsce w PGE IMME, inkasując przy tym dodatkowe 15 tys. zł premii. Dziesięć „patyków” więcej zarobił triumfator Patryk Dudek, który już po zwycięstwie uradowany z uśmiechem krzyknął ni to w stronę swojego taty Sławomira, ni to w kierunku kamer nSportu+: „Sopot nasz!”.

W Częstochowie zaś po piątkowej, bezapelacyjnej – z kompletem 15 punktów – wiktorii w trakcie Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski (MIMP) delikatnie zabawić mógł się Daniel Kaczmarek. Żużlowiec Get Well Toruń niespodziewanie pogodził wszystkich faworytów z Bartoszem Smektałą i Maksymem Drabikiem na czele. Był po prostu tego dnia najlepszy, jeździł jak w transie. I to nie pierwszy raz – w 2016 roku także w Częstochowie wywalczył swój pierwszy tytuł MIMP. Nie zdziwimy się zatem, gdy w niedalekiej przyszłości już jako senior trafi do miejscowego Włókniarza. Na tamtejszym torze potrafi radzić sobie wyśmienicie. Choociaż…zawody zawodom nierówne. A Kaczmarek jest tego najlepszym przykładem – ani w sobotnim finale IMP, ani w niedzielnym IMME nie przypominał żużlowca z piątku. Zresztą widok załamanego po ostatniej kolejce ligowej w Zielonej Górze Pawlickiego także zupełnie nie wskazywał, że za tydzień będzie on chodził po żużlowym świecie w glorii zwycięzcy.

„Przyznam, że z mniejszą presją podszedłem do tych zawodów, niż do Indywidualnych Mistrzostw Polski.  Pracowaliśmy nad tym aby odzyskać prędkość, bo mieliśmy drobne problemy. Kluczem do sukcesu okazał się jednak spokój i ciężka praca nad sprzętem. Słowa uznania należą się moim mechanikom. Podium w IMME jest idealnym uzupełnieniem udanego weekendu. Wymagam jednak od siebie jeszcze więcej” – powiedział Pawlicki (przegladsportowy.pl).