Ustawka z Jerzym Engelem: „Jak ktoś chciał się napić piwa, to nie miałem z tym problemu”

  • Redakcja

Zapraszamy na wywiad z byłym trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej Jerzym Engelem.

Jakim piłkarzem był Jerzy Engel?

Średniej klasy. Byłem nieźle zapowiadającym się juniorem. Grałem w reprezentacji województwa bydgoskiego, w Junaku i Kujawiaku Włocławek, AZS Warszawa podczas studiów, z którego wykupiła mnie II ligowa Polonia Warszawa. Tam nabawiłem się ciężkiej kontuzji stawku skokowego i właściwie skończyłem piłkarską karierę.

Czy jako młody chłopak mieszkający we Włocławku od zawsze interesował się Pan futbolem? 

Ja byłem wychowany w rodzinie bardzo usportowionej. W związku z tym byłem chłopakiem bardzo sprawnym. Grałem na poziomie drugiej ligi w siatkówkę, w trzeciej lidze jako junior w piłkę nożną, jeździłem dobrze na rowerze i sekcja kolarska chciała mnie wcielić, ponieważ we Włocławku był tor dla kolarzy torowych. Wciągnąć się jednak nie dałem, pomimo tego, że wygrałem jedne zawody dla amatorów. Byłem wszechstronnie uzdolniony sportowo, ze względu na to, że dbali o to moi rodzice.

Rozpoczął Pan pracę szkoleniową jako bardzo młody trener (23 lata – drugi zespół Polonii Warszawa – przyp. red.). Czy miał Pan posłuch w drużynie? 

Trener jest taką osobą, u której wiek nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz, staje się przed grupą piłkarzy i oni błyskawicznie oceniają, czy jest Pan w stanie im pomóc czy nie. Była taka sytuacja, kiedy prowadziłem RKS Błonie wraz z Andrzejem Prawdą, który był ode mnie o rok starszy, że kiedy piłkarze przed treningiem „bawili się” w popularnego „dziadka”, to był zwyczaj, że najmłodsi wchodzili do środka. I tymi najmłodszymi byliśmy właśnie my, czyli sztab trenerski. To było zabawne, ale poza tym, to nigdy nie miałem żadnego problemu jako młody trener z tym, żeby mnie drużyna szanowała.

Mając niespełna 30 lat objął Pan bo Bernardzie Blaucie bank informacji reprezentacji Polski. Co to dla Pana wówczas oznaczało? 

To była funkcja, którą zaproponował mi Antoni Piechniczek. Byłem wówczas trenerem Polonii Bydgoszcz, a Polska grała akurat mecz w Bydgoszczy z Irlandią. Wieczorem spotkaliśmy się w gronie trenerów i wtedy Antek Piechniczek zapytał mnie: „Jurek, Ty mówisz paroma językami, może chciałbyś mi pomóc, bo Bernard Blaut wyjeżdża za granicę i nie mam nikogo kto poprowadziłby mi bank informacji”. Przemyślałem propozycję i zgodziłem się. Co ciekawe, wówczas sprawdzano mnie w PZPN ze znajomości kilku języków, czy rzeczywiście je znam. Od razu złapałem też nić porozumienia z członkami Wydziału Szkolenia i tak rozpocząłem przygodę z Antonim Piechniczkiem w przygotowaniach do hiszpańskiego Mundialu. Mundial był wielkim sukcesem naszej reprezentacji, a ja po eliminacjach przyjąłem propozycję Hutnika Warszawa, z którym awansowałem do II ligi, po raz pierwszy w historii tego klubu. To zwróciło na moje nazwisko uwagę Legii Warszawa i od 1984-88 pracowałem z pierwszym zespołem. Był to znakomity czas, bo udało się stworzyć bardzo dobry zespół, z którym z powodzeniem reprezentawaliśmy polski futbol na arenie międzynarodowej. A mecze z Interem Mediolan, w którym grali w tamtym czasie wspaniali piłkarze, z pewnością przeszły do historii nie tylko warszawskiego klubu, ale europejskiego futbolu klubowego. Praca w Legii i wyniki na arenie międzynarodowej spowodowały, że zainteresowały się moją osobą również kluby zagraniczne.

 Pod koniec lat 80 – tych (1988 – przyp. red.) wyjechał Pan do pracy na  Cypr. Jak udało się Panu zainteresować swoją osobą ludzi z tamtejszej ligi?

O wszystkim zadecydował przypadek. Wtedy prezesem PZPN był Kazimierz Górski. I przyjechali do Polski Cypryjczycy, którzy wiedzieli, że w Grecji bardzo dobrze spisali się polscy trenerzy tacy jak: Kazimierz Górski, Andrzej Strejlau czy Jacek Gmoch. Cypryjczycy i Grecy cały czas się obserwują nawzajem, bo to dwa bardzo spokrewnione z sobą narody. Przedstawiciele cypryjskiego klubu również chcieli wprowadzić polski model szkolenia i przyjechali do PZPN, gdzie zapytali, czy jest w Polsce trener, który włada płynnie  językiem angielskim, ewentualnie greckim i  tak zostałem polecony przez Kazimierza Górskiego.

Domyślam się, że to była przepaść, jeśli chodzi o różnice w pracy w Polsce, a na Cyprze w tamtych latach?

Pomimo tego, że w tamtym czasie na Cyprze futbol był półprofesjonalny, to zawodnicy byli niesamowicie zaangażowani i oddani swojemu klubowi i pracy w zespole. Oni bardzo cenili każdego, kto w tamtym czasie mógł im pomóc w rozwoju własnej kariery. Jestem  zadowolony z tego, co udało mi się zrobić na Cyprze. Przyjeżdżałem z tamtejszymi drużynami na zgrupowania do Polski, starałem się nawiązać współpracę pomiędzy  federacjami i jak widać po latach ich piłka (przede wszystkim klubowa) niesamowicie się rozwinęła. UEFA jako, że znam język grecki wyznaczyła mnie do tego, abym nadzorował Szkołę Trenerów, ponieważ Cypryjczycy nie mieli u siebie kursu na dyplom trenera UEFA Pro. Ten proces zajął mi kilka lat, ale efekty są bardzo dobre.

 Obecnie sytuacja warszawskiej Polonii jest nie do pozazdroszczenia. Jednak, kiedy wrócił Pan z Wyspy Afrodyty, to zawojował Pan naszą ligę prowadząc ” Czarne Koszule” w duecie z Dariuszem Wdowczykiem. Co  takiego miała tamta drużyna, że wtedy tak świetnie się prezentowała?

Zacznijmy od tego, że były to inne czasy, co do postrzegania obcokrajowców w Polsce. Zespoły były oparte przede wszystkim na polskich zawodnikach. I to było kluczowe. Każda drużyna miała swój charakter. Można było z góry powiedzieć jak gra Ruch Chorzów, Wisła Kraków, Legia Warszawa czy Polonia. „Czarne Koszule” były wtedy bardzo młodym zespołem. Tak się wtedy umówiłem z Panem Romanowskim, ówczesnym właścicielem klubu , że postawimy na wielu bardzo perspektywicznych piłkarzy. I ściągnąłem do zespołu zawodników reprezentacji kraju do lat 19 – stu ( Bartczak, Mazurkiewicz, Gubiec, Dziewicki). Do tego idealnie wkomponowali się doświadczeni gracze tacy jak: Arek Bąk czy Maciej Szczęsny. Nie zapominamy oczywiście o Olisadebe. I ten charakter drużyny, który udało mi się stworzyć idealnie poprowadził w kolejnej rundzie Darek Wdowczyk, ponieważ ja dostałem propozycję objęcia reprezentacji Polski. Samego Wdowczyka też sprowadziłem z Anglii, ponieważ zależało mi, żeby nasz zespół grał twardą i waleczną piłkę. Oprócz tego, wymyśliłem regulamin premiowania w taki sposób, że piłkarze „mogli podnosić pieniądze z boiska” i zależało im bardzo na każdej kolejnej wygranej. To wszystko złożyło się na końcowy sukces.

Zanim prowadzona przez Pana reprezentacja narodowa awansowała po 16 latach na Mundial w Korei i Japonii , to początki były bardzo trudne (sześć pierwszych meczów bez zwycięstwa, cztery bez strzelonej bramki). Bardzo podobnie, jak w przypadku tegorocznego występu  reprezentacji Rosji. Skąd to się bierze, że obie te drużyny po serii porażek potrafiły zmienić swoje oblicze?

Są dwa rodzaje wejścia do drużyny (obojętnie czy to klub lub reprezentacja). Pierwszy to taki, kiedy zespół jest ułożony i trzeba tylko zrobić odpowiednią selekcję, dać impuls do działania, motywację i nauczyć ich tylko kilku nowych elementów i drugi, kiedy to trzeba wszystko zmienić. Ja byłem w takim momencie, kiedy musiałem wszystko zmienić. Przypomnę, że w Polsce wtedy grało się z wykorzystaniem libero i dwoma kryjącymi zawodnikami w obronie, a cały świat stosował już wówczas ustawienie z czwórką w linii. I to trwało. Trener kadry nie ma czasu, jak w klubie pracować każdego dnia z piłkarzami. Ma dwa – trzy dni i tyle. Do tego zmieniają mu się piłkarze na kolejnych zgrupowaniach. Miałem również wybitnie nieprzychylny kalendarz gier. Bo grać z Hiszpanią w połowie stycznia (tylko selekcja krajowa), to zawodowe samobójstwo, następnie Francja w lutym też na wyjeździe. Na szczęście udało mi się stworzyć taki zespół, który od pierwszego spotkania wiedział, ze musi w pełni podporządkować się do osiągnięcia postawionego przed nim celu. Ten kto nie potrafił się w pełni dostosować, to zostawał skreślony z drużyny narodowej. Zajęło nam to trochę czasu, ale ostatecznie nasze założenia się sprawdziły i pojechaliśmy na wymarzony Mundial.

Losy piłkarzy z tamtej reprezentacji ułożyły się przeróżnie. Z jednej strony życiowe dramaty Pawła Kryszałowicza i Radosława Kałużnego, z drugiej kariera w PZPN Marka Koźmińskiego czy też epizod polityczny Cezarego Kucharskiego. Jak Pan po latach ocenia to, jak potoczyła się historia  piłkarzy Pana reprezentacji?

Nie można tego uogólniać. Każdy z nich jest inny. Ostatnio oglądałem program „Kocham Cię Polsko”, w którym wystąpiło sześciu moich byłych kadrowiczów: Jerzy Dudek, Marcin Żewłakow,Tomasz Kłos, Piotr Świerczewski, Tomek Frankowski, Kami Kosowski. Zrobili oni super show. To grupa inteligentnych ludzi, którym dobrze się wiedzie. Radek Kałużny, którego niesamowicie szanuję za wspaniałą karierę piłkarską i charakter, który prezentował w reprezentacji narodowej miał zupełnie inną życiową drogę. Jednak on sam na tą drogę wpłynął. Jego kłopot polegał na tym, że był bardzo przystojnym mężczyzną i w jego przypadku, to mu przeszkodziło. Do dnia dzisiejszego z większością tych zawodników mam kontakt. Wszyscy lubimy się spotykać, tak jak chociażby w przypadku meczu charytatywnego dla Pawła Kryszałowicza. Ta drużyna w czasach gry z orzełkiem na piersi bardzo się scementowała. Zwycięstwa i porażki zbliżyły ich na tyle, że do dzisiaj żyją ze sobą w wielkiej komitywie.

Jest ktoś kto się odciął od tej drużyny po latach?

Nikt się nie odciął. Jedynie Olisadebe ze względu na to, że wyjechał do Nigerii ma z nami ograniczony kontakt. Jednak kiedy jest w Polsce, to zawsze daje o sobie znać i spotykamy się.

Pana zdaniem stać go było za zrobienie większej kariery?

Nie. Zrobił wszystko co mógł, ponieważ zdrowie mu nie pozwalało na więcej. Po meczach w Lidze Mistrzów z Panathinaikosem pojechał na testy do klubów angielskich, ale z góry było wiadomo, że jak go tam dobrze przebadają, to nic z tego nie będzie. Jego stan zdrowia był bardzo poważny. Mam tu na myśli jego stawy, a przede wszystkim jedno z kolan. Jego ta kontuzja gnębiła cały czas, nawet w czasach, kiedy grał w Chinach. Nie mógł dać z siebie tyle, ile by chciał.

Kiedyś sporo pisało się o tym, że Olisadebe miał zaniżony wiek w dokumentach, podobnie jak ma to miejsce w wielu przypadkach zawodników afrykańskich. Była to prawda?

To jest jedna wielka bujda i kłamstwo. Czasami ktoś wymyśli coś w mediach i to potem żyje swoim życiem. Olisadebe tu przyjechał jako dzieciak. Był oderwany od rodziny i nie miał w ogóle ochoty zostać w naszym kraju. Chciał wracać do mamy do Nigerii. I ten młody wówczas chłopak uczył się powoli funkcjonowania w naszym kraju. W Wiśle Kraków i Ruchu Chorzów nie byli nim zainteresowani. Ja dałem mu szansę, a w Warszawie było mu łatwiej, bo już sporo osób w tamtym czasie płynnie mówiło po angielsku, co zdecydowanie ułatwiło mu proces adaptacyjny.

Problem afer alkoholowych dotykał praktycznie każdą reprezentację Polski. Na ile jest to temat rozdmuchany przed media, a na ile rzeczywisty kłopot polskiej piłki?

To są sprawy indywidualne. Są piłkarze, którzy muszą odreagować presję, która ich przerasta. W mojej reprezentacji tego nie było. Nie było alkoholików i ludzi którzy mieli z nim szczególny problem. Oczywiście, nie było to u mnie zakazane. Jak ktoś chciał się napić piwa, to nie miałem z tym problemu. Podobnie było z winem czy whisky. I mówię tu o ilościach, które nie powodowały wielkich problemów dnia następnego. Jak się czegoś nie zakazuje, to jest to normalne. Oczywiście, potrafiliśmy się cieszyć, szczególnie po awansie, kiedy to trudno było nam się zmobilizować na spotkanie z Białorusią, ale to było wówczas całkowicie normalne. Naród wówczas się tak cieszył, że każdy chciał mieć reprezentantów u siebie. Wracali na zgrupowanie w środku nocy, a na każdym spotkaniu ktoś ich częstował alkoholem. Pobawiliśmy się wówczas fantastycznie. Niestety, wraz z tą radością z awansu na mundial zakończyliśmy fantastyczną serię 13 meczów bez porażki.

Jak to jest, że przed Mundialem dziennikarze opisują, że w reprezentacji wszystko jest w jak najlepszym porządku, a po nieudanych meczach na jaw wychodzą różne problemy?

Świetnie załatwili to Anglicy. U mnie również wszystko było otwarte. Dziennikarze mogli przyjechać do ośrodka, mieliśmy wspólne grille, gdzie można było się napić piwa z zespołem. W ostatnim czasie było tak, że oddzielano na siłę media od reprezentacji. Wszystko było szczelnie pozamykane. To jest złe, bo dziennikarz nie mający dostępu do drużyny opisuje później różne sytuacje uzyskując informacje z drugiej lub trzeciej ręki. Anglicy i Gareth Southgate zrobili kapitalną rzecz. Oni wcześniej mieli sporo problemów na linii reprezentacja – dziennikarze. Teraz było zupełnie inaczej. Reprezentacja była całkowicie otwarta dla mediów. Wszyscy piłkarze byli do dyspozycji, grali wspólnie w rzutki, pili piwo, widywali się praktycznie codziennie. To dało wyśmienity efekt.

Co musi zrobić Jerzy Brzęczek żeby mu się powiodło?  

Brzęczek ma wszystkie niezbedne cechy, żeby mu się powiodło. Był to naturalny lider zespołu, sprawdził się jako trener prowadząc drużyny klubowe, poznał ten zawód z dwóch stron  reprezentanta i trenera na tyle, żeby wykorzystać to w pracy z reprezentacją. Trzeba się tylko przestawić na zupełnie inny model pracy niż w klubie. Miejmy nadzieję, że Jurkowi to się uda i stworzy reprezentację, którą z przyjemnością będzie się oglądać.

Wiele krytyki spadło na selekcjonera i prezesa PZPN za to, że w sztabie kadry znalazł się obciążony zarzutami korupcyjnymi trener bramkarzy Andrzej Woźniak. Jaka jest Pańska opinia w tej sprawie? 

Dla mnie nie ma problemu. Każdy może zrobić błąd w życiu. Gdybyśmy mieli być tak skrupulatni, to Lippi nigdy nie zdobyłby mistrzostwa świata z Włochami. Z kolei Modrić nie zostałby najlepszym piłkarzem Mundialu, a Lovren nie zostałby wicemistrzem świata. Nie będę tego wątku rozwijał o polski zespół. Rozdział Woźniaka został raz na zawsze zamknięty i nie ma co do tego wracać.

Dziennikarze żyją też tematem powiązań rodzinnych pomiędzy Brzęczkiem a Błaszczykowskim. Czy dla Pana to kłopotliwa sytuacja?

Jest to problem, który jest na siłę rozdmuchany przez dziennikarzy. To są sprawy medialne. Ta sytuacja nie ma najmniejszego wpływu na pracę drużyny narodowej. Jeżeli Kuba będzie potrzebny selekcjonerowi, to będzie grał. Jak Brzęczek uzna, że Błaszczykowski nie prezentuje odpowiedniej dyspozycji, to z pewnością go nie powoła.

 Jaki był najlepszy piłkarz, z jakim Pan pracował?

Trudno mi powiedzieć o jednym. Miałem grupę naprawdę dobrych zawodników na każdej pozycji. Począwszy od Dudka przez Wałdocha, Krzynówka na Olisadebe kończąc. Współpracowałem z naprawdę wieloma utalentowanymi polskimi piłkarzami i z przyjemnością do tych nazwisk zawsze wracam.

Temat Pańskiego powrotu na ławkę trenerską jest dalej otwarty?

Zawsze jest otwarty. Ja jestem trenerem czynnym, który pracuje dla UEFA. Jestem analitykiem UEFA, który jeździ na mecze Ligi Mistrzów i Ligi Europy robiąc analizy z tych spotkań dla UEFA, a te z kolei są przygotowywane dla wszystkich trenerów w Europie i na świecie. Mam ważną licencję UEFA Pro, prowadzę treningi pokazowe i wykłady dla studentów. Problem jest taki, że ja nie jestem zainteresowany walką o utrzymanie. Jeżeli będzie propozycja, że warto będzie się jej poświęcić, to chętnie to zrobię. Zawód trenera polega na tym, że trzeba się tej pracy oddać całkowicie. Nie można tego robić na pół gwizdka, czy nawet na 90 %. Żeby był powód dla takiego poświęcenia z mojej strony, kiedy to odstawia się życie rodzinne na bok i w pełni angażuje w pracę, to musi być dobra  propozycja.

Jaka jest Pana wymarzona liga, w której najchętniej poprowadziłby Pan drużynę?

Pomarzyć zawsze można. Nam z Polski jest jednak trudno zrobić karierę w czołowej lidze europejskiej. Ja jestem niesamowitym fanem ligi angielskiej. Z resztą ja uczyłem się systemu 4-4-2 od Sir Alexa Fergussona, kiedy stosował go w Manchesterze United. Od wielu, wielu lat śledzę ligę angielską i oglądam ją z przyjemnością.

Ile polskich drużyn zagra w fazie grupowej europejskich pucharów?

Obawiam się, że żadna. Bardzo bym chciał, żeby ktoś grał, bo mielibyśmy trochę więcej fajnego futbolu do oglądania, ale po tym, co zobaczyliśmy do tej pory, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że żaden może nie zagrać.

Jedną spoza piłkarskich pasji są dla Pana konie. Jak to się zaczęło?

Nie tylko moją. Również moja żona się tym bardzo interesuje. Wielki wpływ na to miał były właściciel Polonii Warszawa – Janusz Romanowski. On w pewnym czasie bardzo się tym tematem zainteresował, a jako, że razem pracowaliśmy, to jeździłem z nim na aukcję do Anglii i przyglądałem się temu. I raz na aukcji spotkałem Sir Alexa Fergusona i wielu innych znanych angielskich trenerów i piłkarzy. Tam porozmawiałem z nimi i zacząłem się tym tematem bardziej interesować. Chrzestny mojej córki był szefem selekcji na torze służewieckim w Warszawie i dzięki niemu kupiliśmy pierwszego konia wyścigowego, który dał nam wiele satysfakcji. Później żona pokochała konie i tak uzbierało się nam małe stadko w stadninie i konie ścigające się na Służewcu.

W tamtym roku w mediach pojawiła się informacja, że wraz z synem pobił Pan rekord wygranych na wyścigach na Służewcu…

I ma pan przykład jak pracjują media. Bo to jest nie prawda. Ktoś trafił, ale to nie my. My też wygraliśmy, ale o wiele mniej co bardzo nas cieszyło. Potem ktoś napisał raz taką nieprawdziwą informację i to się rozprzestrzeniło w mediach. Dla promocji wyścigów taka informacja była cenna bo gratulacje otrzymywałem nawet z zzagranicy.

Czego można Panu życzyć na najbliższe lata?

Zdrowia.

A cele zawodowe?

Czekam na wyzwania, ale bardzo satysfakcjonuje mnie to, co obecnie robię. Szczególnie właśnie kontakty międzynarodowe, bo jestem w gronie fajnej grupy analityków z Davidem Moyesem na czele. Podczas ME 2012 byłem partnerem Fabio Capello. Bardzo mnie ta praca interesuje, bo jest to obcowanie z futbolem na najwyższym światowym poziomie i to jest to do czego polska piłka powinna dążyć.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dziękuję również.

Rozmawiał

Krzysztof Kwaśny