Robert Lambert pokazał, jak nie jeździć w Grand Prix

  • Redakcja

Brytyjczyk był wczorajszym antybohaterem żużlowego święta w Cardiff. Dziś (start o godz. 19) w Lesznie podczas drugiej rundy IMŚJ ma okazję do zrehabilitowania się.

Całe szczęście, że po jego nieprzemyślanym ataku, większej rehabilitacji w szpitalu nie będzie przechodził Jason Doyle. Upadek mistrza świata w 20. biegu sobotnich zawodów wyglądał źle:

Na strachu się skończyło. Doyle w nocy opuścił szpital z, jak to określono w lakonicznym komunikacie na Facebooku, „kilkoma drobnymi pęknięciami” i wstrząsem mózgu. Czyli dla żużlowca nic takiego…

Sprawca upadku mistrza Robert Lambert ewidentnie nie wytrzymał ciśnienia związanego z przyznaną mu „dziką kartą” na zawody Grand Prix. Kiepsko w ogóle je zaczął, bo od defektu na starcie. Co ciekawe, żaden z jego mechaników nie pokwapił się, by spróbować podstawić mu drugą maszynę. W drugim starcie młody Brytyjczyk po spięciu na łokcie ze swoim rodakiem Taiem Woffindenem upadł, a niemiecki sędzia Christian Froschauer – który nawiasem także nie miał dobrego dnia – wykluczył go. W dwóch kolejnych swoich wyścigach Lambert przywiózł tylko punkt – w 10. biegu poważnie wystraszył go szarżujący Szwed Fredrik Lindgren, no a w 20. Brytyjczyk sam przeholował, choć dopiero w powtórce. W pierwszym podejściu do tego wyścigu uratował zdrowie, w porę kładąc motocykl (tutaj akurat brawo za akcję!), Craigowi Cookowi. Ten z kolei nie opanował maszyny na koleinie i wypuścił ją z rąk. Miał furę szczęścia nie tylko on, ale i nieświadomy niczego, jadący na pierwszym miejscu Matej Żagar.

Zostawmy na chwilę Lamberta, Cooka i innych. Oto bowiem w Cardiff zdarzyła się niecodzienna sytuacja, szczególna zwłaszcza dla polskich kibiców „czarnego sportu”. W pierwszym półfinale zawodów pod taśmą stanęli reprezentanci tylko jednego kraju. I byli to nasi: Bartosz Zmarzlik, Maciej Janowski, Przemysław Pawlicki i Patryk Dudek. Wiadomo już było przed rozpoczęciem, że dwóch z nich zamelduje się w wielkim finale. Ta sztuka udała się Zmarzlikowi i Janowskiemu, a więc w tej chwili najlepszym Polakom w cyklu. Kapitalnie w ostatnim biegu – i nie tylko zresztą wówczas – pojechał Zmarzlik, który utarł nosa faworytowi gospodarzy Taiowi Woffindenowi. A i Janowski odbił Gregowi Hancockowi trzecią pozycję. Miejsca na podium, jak ostatnio w szwedzkim Hallstavik, w 2/3 zajęli nasi. Pięknie.

Co więcej, jest szansa na małą powtórkę. Albo nieco większą, jeśli dzisiejszą drugą rundę indywidualnych mistrzostw świata juniorów zupełnie zdominują Polacy. Jest ku temu kilka przesłanek. Przede wszystkim młodsi biało-czerwoni od lat nadają ton młodzieżowej rywalizacji. I nie inaczej jest w tym sezonie. W pierwszej odsłonie walki o IMŚJ w łotewskim Daugavpils triumfował Maksym Drabik. Trzecie miejsce zajął Bartosz Smektała, a czwarty był Dominik Kubera. Po drugie, dzisiejsze zawody odbędą się na domowym torze Smektały i Kubery, a przecież także Daniel Kaczmarek to rodowity leszczynianin, wychowany na stadionie im. Alfreda Smoczyka. Kto jest najgroźniejszym rywalem Polaków? Robert Lambert. Tylko miejmy nadzieję, że już ochłonął po wczorajszych akcjach w Cardiff.

Kursy forBET na 2. rundę IMŚJ w Lesznie – kto wygra (top 8):

B. Smektała – 2.75

M. Drabik – 3.00

R. Lambert – 5.00

D. Kubera – 7.50

D. Bewley – 16.00

D. Kaczmarek – 18.00

F. Jakobsen – 25.00

W. Lampart – 30.00