Mecz dla tęskniących za Premier League

  • Redakcja

Reprezentacje Belgii i Anglii spotkały już się na tegorocznym mundialu w ostatniej kolejce fazy grupowej. Już przed meczem wiedzieliśmy, że dostaniemy prawdziwy pokaz anty-futbolu, bowiem bardziej opłacało się wyjść z drugiego miejsca, niźli z pierwszego. Wystarczy spojrzeć jakich przeciwników mieli „Synowie Albionu”, którzy tamten mecz przegrali (Kolumbia, Szwecja, Chorwacja), a jakich mieli „Czerwone Diabły” (Japonia, Brazylia, Francja). Dziś nie powinniśmy uświadczyć podobnego widowiska. Belgowie i Anglicy o 16. zaczynają walkę o medal Mistrzostw i na Zenit Arenę powinien wyjść gwiazdozbiór ligi angielskiej. Tak, dzisiejszy mecz to będzie prawdziwa gratka dla fanów Premier League.

Spośród kibiców obu reprezentacji większy zawód odczuwa się u tych nad Tamizą. Anglicy doskonale zdają sobie sprawę, że następna taka szansa na awans do finału MŚ może długo nie nadejść. Wydawało się, że po bramce Trippiera w 5. minucie wszystko zacznie się układać pod dyktando podopicznych Sothgate’a. Jednak jak się później okazało bramka piłkarza Tottenhamu to był jedyny celny strzał jaki Brytyjczycy oddali w tym spotkaniu. Największym rozczarowaniem okazał się klubowy kolega strzelca jedynego gola, Harry Kane. Tym występem położył cień na jego wyczyn, którego najprawdopodobniej dokona. Romelu Lukaku, czyli jego największy konkurent do korony króla strzelców, ma dwie bramki mniej i dzisiejszy mecz najprawdopodobniej rozstrzygnie kto sięgnie po miano najlepszego strzelca turnieju. Nie zmienia to faktu, że podczas mistrzostw Anglicy oddają średnio 0.9 celnych strzałów na mecz, a Harry Kane większość swoich goli strzelił albo z karnych, albo ze słabą Panamą… Nie tego oczekiwano po 24-latku. Dość powiedzieć, że 9 z 12 goli Kane i spółka strzelili ze stałych fragmentów gry.

Nie dziwne, skoro wpadali na takie pomysły jak ten.

Anglikom trzeba jednak oddać to, że po porażce nie chowali się po „kanałach” tylko wyszli do mediów i spokojnie odpowiadali na pytania dziennikarzy. Cóż, może im się zmieni podejście po ewentualnej dzisiejszej wtopie. W każdym razie, z dzisiejszej możliwej porażki na pewno nie będą się tłumaczyć Henderson, Trippier i Walker, którzy nabawili się urazów po ostatnim meczu.

Całkiem odmienne nastroje panują w obozie Roberto Martineza. Hiszpański szkoleniowiec, który wczoraj obchodził 45. urodziny, oczekuje od swoich piłkarzy spóźnionego prezentu. Były trener Evertonu może wraz z nimi zapisać się w histrorii belgijskiej piłki, która nigdy nie dorobiła się medalu na Mistrzostwach Świata. Personalia, którymi dysponują, sprawiają, że dzisiejsza okazja wydaje się idealna. Belgijska opinia publiczna jest oczarowana postawą Roberto Martineza, który wykonał niesamowitą pracę, aby dojść do momentu, w którym znajdują się obecnie „Czerwone Diabły”. Od swojego pierwszego dnia pracy starał się być ciągle w terenie, zwiedzając lwią część szkółek i stadionów w Belgii, celem dowiedzenia się czegoś więcej o kulturze i szkoleniu jakich można uświadczyć w tym kraju. Dodatkowo zapisał się na lekcje dwóch języków. Dlaczego dwóch? Wyobraźcie sobie, że kiedy belgijscy piłkarze odśpiewują hymn swojej reprezentacji to np. Eden Hazard robi to w języku francuskim, a taki De Bruyne robi to po niderlandzku. Sami piłkarze ponoć porozumiewają się w szatni po angielsku, gdyż praktycznie wszyscy na co dzień grają w Premier League.

Mimo wszystko, trudno wytypować zwycięzcę dzisiejszego pojedynku. Analitycy z forBET w roli faworyta upatrują podopiecznych wczorajszego jubilata: BEL – 2.30, X – 3.85, ENG – 3.10