Ekstraligo, dlaczego nie jeździmy?

  • Redakcja

Mamy poniedziałek. Pogoda za oknem OK, choć dzisiaj w kilku rejonach Polski zapowiadane są burze. Wczoraj było ciepło, słonecznie. Słowem: pogoda idealna do żużla. Idealna, a ligowej kolejki nie było. I nie będzie aż do 29 lipca. Kuriozum.

„Jeśli zawodnicy przygotowują się do sezonu, a w środku rozgrywek jest przerwa, to należy to chyba podzielić na dwa sezony. Nie wiem, czemu ma służyć miesięczna pauza, ale o to trzeba zapytać ludzi, którzy są za to odpowiedzialni. Pewnie pokończyli o wiele więcej szkół i ich wiedza na ten temat jest głębsza” – z właściwym sobie sarkazmem skomentował były żużlowiec, a obecnie trener Falubazu Zielona Góra Adam Skórnicki.

Podejmijmy jednak trud i zastanówmy się, jaka idea mogła przyświecać szefom Speedway Ekstraligi przy takim właśnie, mało atrakcyjnym dla kibiców i zawodników, skonstruowaniu żużlowego kalendarza.

Pierwsza myśl: piłkarski mundial w Rosji. Wszak najbliższe środowe mecze żużlowe w Anglii już zostały odwołane. Powód? Oczywisty, a więc walka Anglików z Chorwacją o finał MŚ. Polakom taki stan rzeczy tj. dramatyczny wybór między kibicowaniem żużlowcom a wspieraniem piłkarzy w pucharowej fazie mistrzostw nie groził. Zresztą ostatnie dwie rundy PGE Ekstraligi – 17 czerwca i 1 lipca – nakładały się na spotkania w Rosji. I to nie byle jakie, bo np. już w 1/8 finału.

Jeśli nie mundial, to co? Może obawa o puste trybuny w związku z wakacjami i mniejsze z tego powodu wpływy z biletów? Pudło! Jak skrupulatnie wyliczyła żużlowa spółka organizująca rozgrywki, frekwencja na ekstraligowych stadionach 1 lipca była całkiem wysoka. 9 261, 9 353, 11 000, 13 109 – dokładnie tylu kibiców na żywo oglądało mecze w odpowiednio Wrocławiu, Toruniu, Częstochowie i Gorzowie. Trzeba naprawdę sporego wysiłku intelektualnego i złej woli, by stwierdzić, że to mało.

Owszem, zwolennicy pomysłu lipcowego braku jazdy mogą przywołać wczorajszą imprezę o indywidualne mistrzostwo Nice 1. Ligi, które w Gdańsku obserwowała garstka około 800 fanów „czarnego sportu”. Pamiętajmy o jednym: żadne zawody indywidualne, z wyjątkiem Grand Prix, nie będą cieszyć się takim powodzeniem, jak drużynowa rywalizacja w lidze. Nawet finałowa runda Mistrzostw Europy SEC zorganizowana w połowie września 2014 roku w Częstochowie nie przyciągnęła takich tłumów, jak zwykły mecz Włókniarza. Nie ten kaliber emocji. Nie ten poziom identyfikacji.

Skoro mowa o kibicach. Tak wielka luka w kalendarzu nie sprzyja ważnej, właściwie podstawowej sprawie, jaką bez wątpienia jest utrzymanie uwagi fanów w śledzeniu rozgrywek, które są przecież najistotniejsze. Miesięczna przerwa jest jakąś aberracją, także z marketingowego punktu widzenia. Sezon odbywa się – o ile na przeszkodzie nie stanie pogoda – dość regularnie. Mamy kolejkę 17 czerwca. Po dwóch tygodniach jest następna. Po czym bezceremonialnie tniemy zainteresowanie kibiców. Toż to barbarzyństwo! Zwłaszcza na cztery kolejki przed końcem rundy zasadniczej, tuż przed kluczową fazą play-off…

Last but not least wakacyjna wyrwa nie sprzyja głównym aktorom widowisk – żużlowcom. Pół biedy, jeśli startują we wszystkich możliwych zawodach indywidualnych i do tego w kilku ligach. Często przywoływanym przykładem jest mistrz świata Jason Doyle, który jeździ gdzie popadnie. Wydaje się, że m.in. właśnie ta intensywność startów w krótkim czasie doprowadziła Australijczyka na żużlowy szczyt. Żeby wygrywać, trzeba jeździć. Nie jeździsz, to nie zarabiasz, nie inwestujesz w sprzęt. Taka to pętelka i bardzo prosta zasada. Kolega klubowy Doyle’a z Get Well Toruń Paweł Przedpełski nie może znaleźć odpowiedniej formy. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” jeszcze przed meczem 1 lipca przyznał:

„Odpoczywać to ja mogę, ale zimą. Teraz zależy mi, by jak najwięcej jeździć. Właśnie jestem w drodze do Szwecji, gdzie we wtorek pojadę w meczu ligowym. Potem mam nadzieję, że będę miał okazję wystąpić w paru dodatkowych imprezach. Chodzi o to, by jak najlepiej wykorzystać przerwę w rozgrywkach PGE Ekstraligi. Jak każdy żużlowiec chcę jeździć i wygrywać”.

Przedpełski, choć nie tylko on, musi rozglądać się za jazdą. W grę wchodzą kadłubowe ligi w Czechach, Danii, czy Niemczech. Bez sensu, by w drugiej części sezonu na siłę szukać sobie klubu. To samo dotyczy przecież juniorów, którzy często do końca czerwca muszą łączyć żużel z nauką w szkole. W lipcu nie muszą, ale szlifować swoich umiejętności w polskiej lidze nie mogą.

Dobrze przynajmniej, że żużlowcy jeżdżą i zarabiają (choć zdecydowanie mniej niż u nas) w Szwecji. Właśnie. W rozgrywkach, w których tak jak w PGE Ekstralidze jest osiem drużyn, startuje się od maja (dzięki czemu można uniknąć kapryśnej kwietniowej aury) do końca września. Bez wybijającej, trudno wytłumaczalnej przerwy w lipcu. Działacze z Ekstraligi: bierzcie przykład z Elitserien!