Co za speedway! Mecz sezonu w Częstochowie

  • Redakcja

Komentator nSport+ Tomasz Dryła dosłownie piał z zachwytu, rozpływał się, niekiedy we łzach tonął opisując poziom rywalizacji w spotkaniu forBET Włókniarza z Fogo Unią Leszno. I choć poprzednie zdanie jest nieco ironiczne, my także chcielibyśmy wyraźnie zaznaczyć: ten pojedynek już może aspirować do grona najlepszych w tegorocznej PGE Ekstralidze. Z mnóstwem mijanek, fantastycznych, czasem ryzykanckich akcji. Dołączamy tym samym nie tylko do Dryły, ale i innych obserwatorów tego meczu:

Tor w Częstochowie idealny jest do ścigania. Szeeeeeroki, że szukać prędkości można wszędzie, nawet ocierając się łokciem o dmuchaną bandę. Oczywiście, nie każdy to potrafi. W niedzielnym pojedynku od żużlowych artystów aż się roiło. Nie wszyscy jednak trzymali właściwy swoim wysokim umiejętnościom poziom. Leszczynianie mogą mieć pretensje do pierwszej pary: Jarosław Hampel-Janusz Kołodziej. Zwłaszcza ten drugi zawiódł oczekiwania. Skórę Bykom ratował junior Bartosz Smektała, ale i Piotr Pawlicki i Emil Sajfutdinow robili, co mogli. A mogli sporo, o czym mówił korzystny dla nich wynik przed biegami nominowanymi: goście wygrywali czteroma punktami. Cóż jednak z tego, skoro najpierw Matej Żagar-Adrian Miedziński, a później Leon Madsen-Fredrik Lindgren piorunującym finiszem rozwiali wątpliwości, kto jest tego dnia lepszy. W starciu żużlowych gigantów.

Kciuki za leszczynian trzymali w Toruniu, gdzie miejscowy Get Well za trzy punkty ograł zielonogórski Falubaz. Niby wynik (52:38) wysoki, ale nie mówi wszystkiego o przebiegu meczu. A działo się i na Motoarenie bardzo dużo. Na świetnie przygotowanej nawierzchni nie brakowało twardej walki, jak np. ta między Jackiem Holderem a Piotrem Protasiewiczem w 9. biegu.

Było też kilka zaskakujących momentów. Za takie dwa należy uznać biegowe triumfy…juniora Sebastiana Niedźwiedzia, który już na starcie był zdecydowanie lepszy od Rune Holty (dwa razy), czy bohatera Get Well Nielsa K. Iversena, a później nie dał się tym myśliwym złapać. Zaskoczył też Paweł Przedpełski, którego menago Jacek Frątczak – jak się wydawało przed biegiem – dla świętego spokoju puścił na tor dopiero w 11. wyścigu. Przedpełski pojechał kapitalnie. Rozprowadził gości po wyjściu spod taśmy, na czym skorzystał Chris Holder, a później sam obronił drugą pozycję, dzięki czemu jego zespół w ważnym momencie meczu wygrał podwójnie.

W Toruniu zrobiło się także bardzo groźnie. I nie o upadki Grzegorza Zengoty, Jacka Holdera, czy Jasona Doyle’a tu chodzi, a o to, co odwalił (można dosadniej…) kierownik startu. Otóż po wystartowaniu 7. biegu zapomniał on zabrać z toru stojaka podtrzymującego taśmę. Strach pomyśleć, co by było, gdyby któryś z zawodników w ferworze walki w niego wjechał, wszak sędzia Paweł Słupski przerwał wyścig dopiero po drugim okrążeniu. Na szczęście, nie stało się nic złego. Pan kierownik został odesłany do domu. I na pewno nie uniknie surowej kary.

„Zanotowaliśmy jedno indywidualne zwycięstwo. W pierwszym biegu Nicki Pedersen przywiózł trójkę i to był jedyny wygrany przez nas bieg 4:2. Poza nim cały czas trwał spektakl wrocławian. Z naszej strony w niektórych wyścigach nawiązaliśmy równorzędną walkę z gospodarzami. Zabrakło jednak zwycięstw biegowych. Robić zmiany dla zmian nie ma sensu. Wrocławianie byli mega mocni. Wszyscy obawiali się o dyspozycję Maxa Fricke’a i Vaclava Milika, a zawodnicy ci stanęli na wysokości zadania i pojechali bardzo dobre zawody” – słowa Pawła Barana wystarczą za cały komentarz do meczu jego Grupy Azoty Unii Tarnów z Betardem Spartą.

Właściwie z jednym, już tradycyjnym liderem – Rosjaninem Artiomem Łagutą – w Gorzowie zjawił się MrGarden GKM Grudziądz. Pozostali byli przeważnie tłem dla nieuchwytnego Bartka Zmarzlika i niemal równie dynamicznych Słowaka Martina Vaculika i Krzysztofa Kasprzaka. Walka o utrzymanie grudziądzan w lidze wkracza w fazę pt. „żarty się skończyły”. A terminarz sprzyja pesymizmowi: derby z Toruniem (dom), mecz z Lesznem (wyjazd), Zieloną Górą (dom) i Częstochową (wyjazd).

Jaka szkoda, że następna kolejka ligowa dopiero 29 lipca. Dla fanów „czarnego sportu” oczekiwanie na nią będzie prawdziwą męczarnią.