Adrian Miedziński puścił żużlowy Toruń w skarpetkach

  • Redakcja

Fantastyczna atmosfera na trybunach, znakomite ściganie na torze, wynik na styk niemal do końca – taki był mecz forBET Włókniarza Częstochowa z Get Well Toruń. A wynik 49:41 dla gospodarzy jeszcze bardziej skomplikował i tak niełatwą walkę torunian o play-offy.

– Jaki będzie wynik? Wygramy ośmioma. Wpisuję w program – powiedział jeszcze przed startem meczu jeden z częstochowskich fanów żużla. – Co ty! 54:36 dla nas – poprawił go drugi. – Oho, to pojechałeś… – skwitował pierwszy. I co? I rację miał pierwszy – wytypował dokładny wynik spotkania. Siedząc wśród częstochowskich kibiców na drugim łuku ich Areny nieraz mogłem przekonać się o ich fachowym podejściu. „Widziałeś wczorajsze Grand Prix? Lindgren pojechał jak kiedyś Holta we Wrocławiu. Pamiętasz, co?” – entuzjazmował się kolejny fan Włókniarza.

Akurat Holta nie miał w niedzielę łatwego życia w Częstochowie. Uznawany niemal za legendę klubu przed sezonem 2018 postanowił zmienić barwy i wybrać ofertę Get Well. To spowodowało wściekłość kibiców „Lwów”, którzy za każdym razem, gdy Norweg z polskim paszportem wyjeżdżał na tor, niemiłosiernie go wygwizdywali. Holta jednak „zrewanżował” się udanym występem – zdobył 12+1 w sześciu startach.

„Spodziewałem się takiej reakcji fanów. Kibice Włókniarza są znani, że wspierają głównie swoich zawodników. Myślę, że swoim występem dałem im wspaniałe widowisko. Tor? Nie zmienił się zbytnio od ubiegłego roku. Dzisiaj wygrała lepsza drużyna. Na Motoarenie będzie trudno o wygraną w meczu, nie mówiąc już o zgarnięciu bonusa. Częstochowa zasługuje na miejsce w tabeli, które obecnie zajmuje. Czemu w ogóle zmieniłem klub? Na to pytanie powinien odpowiedzieć prezes forBET Włókniarza (Michał Świącik – przyp. red.), który wymienił praktycznie połowę składu. Negocjacje nie potoczyły się po mojej myśli. Ale to już historia, nie ma o czym mówić” – powiedział po meczu.

Gwizdy dla niego były stałym elementem niedzielnego spotkania. Tak, jak i przyśpiewka: „Kto nie skacze, ten z Torunia hej! hej!”, która weszła już do żelaznego repertuaru fanów spod Jasnej Góry.

Wywoływana do tablicy garstka kibiców z Torunia wolała skupić się na swojej drużynie. Przed spotkaniem wywiesiła ostrzegawczy transparent w języku angielskim, który można było przetłumaczyć następująco: „To, co dla was jest tylko robotą, dla nas jest całym życiem. Okażcie trochę szacunku”.

Ukryta groźba – choć przede wszystkim nieciekawa sytuacja w tabeli PGE Ekstraligi – podziałała na zawodników Jacka Frątczaka mobilizująco. W swoim, dość agresywnym, blokującym rywali stylu jeździł wreszcie mistrz świata Jason Doyle. Holta imponował szybkością i przemyślanymi akcjami na torze. A reszta? Miała pojedyncze „wyskoki”. Chris Holder zdołał pokonać jedynie Michała Gruchalskiego i Tobiasza Musielaka. Niels K. Iversen w dwóch biegach pojechał dobrze, Daniel Kaczmarek właściwie tylko w jednym.

„Punkty nie odzwierciedlają mojej jazdy, ale czasami tak się układa i tyle. Zabrakło nieco szczęścia. Czwarte pole startowe było kiepskie. Później goniłem Musielaka, ale jechał bardzo mądrze i nie dał się wyprzedzić. W ostatnim swoim biegu jechałem przeciwko Lindgrenowi, który był dzisiaj trudny do powstrzymania. Jeszcze na pierwszym okrążeniu próbowałem go blokować, żeby Jason mógł mu odskoczyć. Fajnie, że wygrał, ale mi się już nie udało dowieźć drugiego miejsca” – powiedział Kaczmarek.

Kompletnie zawiódł kapitan Get Well, Paweł Przedpełski. Nic dziwnego, że po meczu wolał nie rzucać się w oczy. To pewnie dlatego po spotkaniu ukrył się między busami, by w samotności pałaszować kiełbasę z grilla…

A w ekipie forBET? Nie tylko Lindgren (10+1) był szybki. „Swoje” (13 pkt) pojechał Leon Madsen, który bardzo pilnuje, by mówić do niego Leon „po polsku”, a nie „Lijon”. Nic dziwnego, skoro wraz z narzeczoną Magdą mieszka w Wejherowie i najwyraźniej się u nas zadomowił.

„Na początku spotkania z Get Well nie mogliśmy dogadać się z własnym torem. Na szczęście końcówka była wystarczająco dobra, żeby wygrać przed wspaniałą publicznością. Naszym dziewiątym zawodnikiem była dziś publiczność, dlatego musieliśmy wygrać, czując to wsparcie na trybunach. Jestem zadowolony ze swojego występu” – powiedział Duńczyk na pomeczowej konferencji prasowej.

Pierwszoplanową postacią w drużynie forBET był jednak – co za ironia losu – wychowanek toruńskiego Apatora, Adrian Miedziński. Po spotkaniu 32-latek oczywiście deklarował, że nie czuł żadnej dodatkowej presji przed pojedynkiem ze swoim długoletnim, macierzystym klubem. Że – po drugie – był tylko częścią zwycięskiej ekipy. OK, był „częścią”, ale niezwykle istotną. To on w 14. wyścigu, pokonując Doyle’a i Holtę zapewnił Częstochowie wygraną. „Udowodniłeś, że zasługujesz na naszego Lwa” –  rzucił w jego stronę  jeden z częstochowskich kibiców. Miedziński jeździł jak za swoich najlepszych lat. Ofensywnie, ale rozważnie. Miał oczy dookoła głowy. Po przegranym starcie z wielką determinacją, inteligentnie szukał najlepszych ścieżek do przeprowadzenia skutecznego ataku. Dzięki wspaniałej postawie jego nazwisko głośno skandowali miejscowi fani.

Nieco groteskowy był jednak widok w parku maszyn długo po meczu. Ku rosnącemu zniecierpliwieniu kibiców forBET Włókniarza oraz przedstawicieli mediów, Miedziński wreszcie wyszedł z szatni, i to wyszedł w… sportowej bieliźnie i na skarpetkach (później, oczywiście, jego strój był już kompletny). Pierwsze wrażenie było takie: no tak – najpierw puścił Toruń w skarpetkach, a teraz sam bez butów chodzi…

Sytuacja Miedzińskiego i jego drużyny jest jednak o wiele korzystniejsza niż ekipy Get Well. Czy torunianie zdobędą w rewanżu cenne punkty do ligowej tabeli?