„Rakiety” z Houston znowu odpalą?

  • Redakcja

Koszykarze Mike’a D’Antoniego przegrywają w finale Zachodu z Golden State Warriors 1-2. Czy zdołają, podobnie jak niedawno Cavs w konfrontacji z Celtics, doprowadzić do remisu? Kursy forBET na mecz nr 4 nie pozostawiają złudzeń: GSW są faworytem (1.25), zwycięstwo Houston jest (4.30) dużo mniej prawdopodobne.

Ekipa z Teksasu w pierwszych dwóch spotkaniach we własnej hali stawiła zacięty opór drużynie „Wojowników”, choć pierwszy mecz padł łupem gości, których do zwycięstwa doprowadził zdobywca 37 punktów Kevin Durant. Starcie nr 1 bez wątpienia było pojedynkiem dwóch liderów: Duranta właśnie i Jamesa Hardena. Brodacz z Houston rzucił o cztery oczka więcej, do tego dodał 7 asyst i 4 zbiórki, co jednak nie uchroniło jego zespołu od porażki 106 do 119.

Rockets po premierowej przegranej musieli więc ostro wziąć się do pracy, by w nie zawieść swoich fanów w wypełnionej Toyota Center. Jak zapewniał Harden przed tym spotkaniem: „Nie wygram tej serii sam. Potrzebujemy, aby wszyscy zagrali dobrze. Czy to Chris Paul, Eric Gordon, czy PJ Tucker. Musimy skupić się na grze, rozmawiać ze sobą”. I tak też się stało. Houston zagrało tego dnia koncertowo. W pełni zrealizowało plany trenera, ograniczając do minimum poczynania liderów GSW. Tylko – znowu – Durant chciał niemal w pojedynkę (38 pkt) przechylić szalę zwycięstwa na korzyść mistrzów NBA. Był szczególnie aktywny w drugiej połowie meczu, lecz na jego punkty co chwila odpowiadali gospodarze. Co ciekawe, poza Durantem tylko Steph Curry zdobył więcej niż 10 „oczek”: 16. W ostatniej kwarcie przewaga „Rakiet” wynosiła już prawie 30 punktów. Ostatecznie Teksańczycy wygrali różnicą 22, a więc 127 do 105, w czym szczególnie zasłużyli się: Harden i Gordon (po 27 pkt), Tucker (22), Trevor Ariza (19) oraz Paul (16).

Plan minimum ekipy Golden State został jednak wypełniony. Mistrzowie ligi przed meczami na swoim terenie zdołali wyrwać ekipie Houston jedno zwycięstwo. Choć trzeba przyznać, że zmartwieniem „Wojowników” była niska skuteczność Curry’ego, który niedawno wrócił do gry po kontuzji kolana. Wcześniej zaś wypadł z powodu urazu kostki. Przed meczem nr 3 w sieci pojawił się wymowny filmik. Na nim lider GSW trafia 69 z 75 trójek:

„Nie martwię się o skuteczność, bo wiem, jak ciężko każdego dnia pracuję. Nigdy nie tracę pewności siebie. Mogę jedynie popracować nad tym, by zyskać lepszy rytm, by poprawić mechanikę. Ale za każdym razem, gdy oddaję rzut, nie myślę o poprzednim spudłowanym” – zaznaczył Curry (probasket.pl).

W trzecim finale Konferencji Zachodniej były MVP ligi znów zagrał na swoim niebotycznym poziomie, a jego Golden State nie miało większych problemów z rozgromieniem Houston 126 do 85 – to było ich największe zwycięstwo w historii w fazie play-off. Curry był nie do zatrzymania, zwłaszcza w trzeciej kwarcie robił, co chciał. Finalnie zdobył 35 „oczek”: 13/23 z gry, w tym 5×3.

Pierwszy pojedynek w Oracle Arenie był zdecydowanie jednostronny. Oprócz Curry’ego błyszczał Durant (25 pkt) oraz Draymond Green. Ten ostatni przy swoim nazwisku zapisał 10 punktów, aż 17 zbiórek i 6 asyst. Świetnie funkcjonowała także obrona GSW, dzięki której Houston zagrali na niskiej, zaledwie 39-proc. skuteczności rzutów z gry np. Paul trafił tylko pięć razy z 16 prób, a Gordon cztery z 13. Niestety dla zwycięzców, być może z dalszych gier wypadł Andre Iguodala, który po przypadkowym ataku Hardena doznał kontuzji kolana. Jego występy w kolejnych meczach stoją pod wielkim znakiem zapytania. Jedynym zawodnikiem, który może go zastąpić jest Nick Young.

Czy „Rakiety” zdołają się pozbierać po ostatniej demolce? Jeśli nie, wówczas „Wojownicy” będą już tylko o krok od wielkiego finału NBA.