Marcin Bratkowski z Przeglądu Sportowego: W Legii udało się zbudować „mentalność zwycięzców”

  • Redakcja

Przed nami ostatnia seria gier w grupie mistrzowskiej Ekstraklasy w sezonie 2017/2018. Z tej okazji postanowiliśmy porozmawiać z dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” Marcinem Bratkowskim. Zapytaliśmy go m.in. o zamieszanie wokół ewentualnego przyznawania medali za mistrzostwo piłkarzom Legii na stadionie Lecha, o zapaść formy Kolejorza, o to, kto jego zdaniem zajmie na koniec czwartą pozycję w lidze dającą puchary i czy Piotr Stokowiec jest w stanie odbudować Lechię Gdańsk. Zapraszamy do lektury rozmowy!

Zacznijmy od najgorętszego tematu ostatnich dni, czyli od ewentualnego wręczenia zawodnikom Legii medali na stadionie przy Bułgarskiej. Wyszła z tego porządna afera. Z kolei niedawno w siatkówce Skra Bełchatów zdobyła tytuł Mistrza Polski w hali Zaksy Kędzierzyn-Koźle i została tam normalnie uhonorowana. Co sądzisz o tym całym zamieszaniu?

W każdym cywilizowanym kraju medale są przyznawane tam, gdzie się je wywalczy. Na miejscu działaczy Lecha wstydziłbym się wychodzić z taką propozycją. Padł też pomysł ze strony warszawian, by ten mecz rozegrać w stolicy. To również dziwna opcja, ale jeszcze bardziej absurdalne jest to, że szef Ekstraklasy Pan Animucki stwierdził, że poważnie potraktowali tę propozycję Legii i się nad nią zastanawiali. To byłoby już  postawienie wszystkiego na głowie. Ale i tak ta nasza piłka jest nienormalna.

Jeżeli ktoś nie jest w stanie bezpiecznie zorganizować ceremonii wręczenia trofeum, to jest to dla niego wielki wstyd i powinien być za to surowo ukarany. A pomysł, żeby gdzieś w środku nocy wręczać legionistom puchar w Warszawie? Co wtedy z tymi biednymi kibicami, którzy zasuwają do Poznania, aby zobaczyć tam najważniejszy dla nich w roku pojedynek? Musieliby się potem teleportować do stolicy i ścigać z piłkarzami, by zdążyć zobaczyć, jak ci dostają trofeum. Jako dziennikarz zajmujący się na co dzień futbolem, czuję się zażenowany tym całym zamieszaniem.

Przychodzi na myśl tylko jeden komentarz: niech ten sezon się wreszcie skończy.

Dokładnie. Bieżący sezon jest pełen niezrozumiałych zdarzeń. Sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. Czynimy wszystko, by ta liga była traktowana jak poważne rozgrywki. By za jak największe pieniądze sprzedawać prawa do transmisji telewizyjnych. A potem wychodzą takie historie, jak ta z ewentualnym przyznaniem pucharu Legii w Poznaniu.

Przechodząc już do zagadnień czysto sportowych – zastanawia mnie taka kwestia: dlaczego Twoim zdaniem jest tak, że Legia, będąc klubem zdecydowanie bogatszym niż Jagiellonia czy Lech, mimo to nie potrafi sobie od dawna zapewnić mistrzostwa wcześniej, niż w samej końcówce sezonu? Rok temu również w ostatniej kolejce ważyły się losy tytułu między ekipą z Warszawy, a Jagą. Przewaga finansowa legionistów nie przekłada się na boisko i w tabeli.

Stołeczna drużyna nie dominuje w lidze, mimo przewagi finansowej, gdyż nie wydaje mądrze tych pieniędzy, które posiada. Wiadomo, że rynek transferowy to trochę „ruletka”, nie zawsze można przewidzieć, czy dany piłkarz się sprawdzi. Ale można sobie pomóc w zwiększeniu skuteczności transferów. W jaki sposób? Mając chociażby jakąś szerszą koncepcję dotyczącą ściągania zawodników. Spójrzmy na to, co się dzieje w Czechach. Na Viktorię Pilzno, która za 1/4 czy 1/5 budżetu Legii rok w rok potrafiła zdominować krajowe rozgrywki, a do tego regularnie i z powodzeniem występować w europejskich pucharach. Tam była myśl. Przez lata zespół prowadzony był przez tego samego trenera. Pavel Vrba miał silną pozycję, cieszył się zaufaniem działaczy i klub na tym zyskiwał.

A w stolicy Polski wszystko jest robione ad hoc, tak by wyszarpać to mistrzostwo. Myślenie w perspektywie kilku miesięcy do przodu, a nie kilku lat. Te fundusze, którymi dysponuje Legia, są wydawane np. na bardzo wysokie kontrakty dla niektórych legionistów, którzy nie zawsze błyszczą formą. Często za ułamek ich zarobków można byłoby znaleźć równie dobrych piłkarzy. Warszawianie przespali też okres budowy Akademii. Wychodząc z założenia, iż to, że trochę przypadkiem Wolski czy Furman się pojawili, to znaczy, że są już w posiadaniu świetnego programu pracy z młodzieżą i wszystko na tym polu pójdzie już z górki. Jak wiemy – nie poszło. Myślenie tymczasowe i brak sensownej długofalowej strategii – to największe problemy Legii. A także podejmowanie wielu złych decyzji, jak choćby postawienie na Romeo Jozaka.

Odnośnie decyzji – rozmawiałem niedawno z Adrianem Sikorą, byłym graczem Groclinu, który obecnie występuje w Kuźni Ustroń. I na pytanie moje, dlaczego Mistrz Cypru potrafił w ostatnich latach nie raz awansować do Ligi Mistrzów, odpowiedział on: tam są w klubach zatrudniani odpowiedni ludzie. Pieniądze na Cyprze są oczywiście większe, ale najważniejsze jest to, kto tam pracuje. Kto zarządza klubem, kto podejmuje poszczególne decyzje.

U nas w tym wszystkim jest zbyt dużo przypadku. Brakuje takich osób, które potrafią połączyć np. swoje doświadczenie piłkarskie, boiskowe ze zmysłem menedżerskim, wyszukiwaniem talentów czy tworzeniem jakiś szerszych koncepcji. Najgorsze jest to, że moim zdaniem my się cofamy. A nie rozwijamy. A przynajmniej, jeśli nawet się rozwijamy, to wszyscy inni czynią to dużo szybciej. Świat futbolu nam ucieka. Rozbawiła mnie też wypowiedź prezesa Legii Dariusza Mioduskiego, który narzekał kiedyś, że inne polskie kluby nie oddają warszawskiej ekipie swoich piłkarzy. Że najlepiej by było, gdyby zawodnicy trafiali na Łazienkowską za grosze, żeby mogli się tam wypromować, potem ewentualnie takie Górniki, Wisły Kraków czy Jagiellonie dostawałyby jakieś procenty z kolejnych wyższych transferów.

Pojawia się też inna kwestia – władze Legii podkreślają, że nie stać ich na takiego np. Żurkowskiego. To jest chłopak, który zapewne pójdzie niebawem na Zachód za co najmniej 3-4 mln euro. Ale pytanie, kto „Wojskowym” bronił znaleźć takiego gracza w niższych ligach czy w młodzieżowych drużynach i ściągnąć za kilkadziesiąt tysięcy?

Ale do tego trzeba byłoby mieć dobry skauting. Dobry, czyli składający się z odpowiednich ludzi.

Dokładnie. I wracamy do punktu wyjścia. Ale w Legii i tak jeszcze nie jest najgorzej. Dzięki temu, że w Warszawie występują nieźli, jak nasze warunki, piłkarze, wsparci przez swoich kibiców, to kiedy pojawia się nóż na gardle, to drużyna się mobilizuje. Tak, jak teraz. Wydaje mi się też, że w ostatnich latach udało się zbudować na Łazienkowskiej coś, co można by nazwać górnolotnie „mentalnością zwycięzców”. Nawet jak warszawskiemu zespołowi nie idzie, gra źle, ma tysiąc problemów, trzeciego trenera w sezonie, to jednak potrafi się ogarnąć i w niedzielę najprawdopodobniej sięgnie po tytuł.

Z drugi strony nie wiem, czy paradoksalnie dla legionistów nie byłoby lepiej, gdyby zaliczyli jeden naprawdę fatalny sezon. Skończyli bez Pucharu Polski, bez mistrzostwa, bez podium, poza lokatami dającymi prawo gry w europejskich pucharach. Żeby wszyscy doznali tam wstrząsu. Bo obawiam się, że jeśli Legia zdobędzie teraz tytuł, to ktoś tam powie w stolicy: wygraliśmy ligę, krajowy puchar, to w czym tak naprawdę jest problem?

Jeszcze niedawno najbliższej tytułu był Lech Poznań. Rozgrywki ligowe skończy ostatecznie na trzecim miejscu. Czego mu zabrakło? Właśnie tej mentalności, o której przed chwilą wspominałeś?

Wydaje mi się, że to wina tylko i wyłącznie charakteru. Bo Kolejorz nie ma w tym momencie gorszych graczy niż Legia. A w kluczowym momencie sezonu, w fazie mistrzowskiej, Lech się skompromitował. Trudno to nazwać inaczej. Sami kibice z Poznania są wściekli, tam wszystko kipi. Wiedzą, że została zmarnowana taka okazja na mistrzostwo, jaka długo może się nie pojawić.

A czy w tym kontekście nie dziwi Cię trochę informacja pochodząca z Chorwacji, że Nenad Bjelica został wybrany na trenera Dinama Zagrzeb?

Trochę i dziwi i nie dziwi. Mam cały czas przeświadczenie, że to jest dobry trener. Dobry trener, tylko nie ma wyników (śmiech). Myślę, że on nas może jeszcze zaskoczyć. Gdy np. za osiem lat będziemy patrzeć na reprezentację Chorwacji prowadzoną na mundialu do ćwierćfinału czy półfinału przez Bjelicę. I będziemy wtedy wspominać, że pracował w Polsce i właściwie został od nas wywieziony na taczkach, po tym jak zawalił kolejny sezon z Lechem.

W przypadku Kolejorza warto też podkreślić, że być może trenerowi Bjelicy zabrakło w szatni kogoś takiego, kto mógłby to wszystko złapać za gardło i być takim jego przedłużeniem na boisku. Kogoś, kto w odpowiednim momencie huknąłby pięścią w stół.

O czwarte miejsce dające puchary w ostatniej kolejce powalczą Wisła Płock, Górnik Zabrze i Wisła Kraków. Kto będzie górą?

Chciałbym, żeby do pucharów awansował Górnik. Ale zdaje sobie sprawę, że żaden z tych trzech wymienionych przez Ciebie zespołów nie ma wielkich szans na sukcesy w Europie. To będzie dla nich raczej tylko przygoda. Z resztą, w przypadku udziału naszych pozostałych ekstraklasowych przedstawicieli może być podobnie. Choćby przed Legią widać już rysujący się problem, polegający na tym, że eliminacje trzeba będzie zaczynać zaraz po mundialu, z nowym trenerem. Pojawią się nowi gracze, a część obecnych będzie musiała odpocząć po mistrzostwach świata. I znów może brakować czasu, by to wszystko poskładać do kupy.

Wracając do walki o czwartą lokatę, to ciężko coś przewidywać. Ten rok to jedno wielkie wróżenie z fusów. Śmialiśmy się w redakcji, że idealnym podsumowaniem bieżących rozgrywek Ekstraklasy byłoby, gdyby Lech rozbił Legię 4:0, a w Białymstoku w starciu Jagiellonii z Wisłą Płock skończyłoby się remisem 0-0. I wówczas rozbita stołeczna ekipa sięgnęłaby po mistrzostwo kraju.

Bez względu na wyniki ostatniej kolejki, największym rozczarowaniem sezonu jest postawa Lechii Gdańsk. Myślisz, że Piotr Stokowiec, którego znasz dosyć dobrze, zdoła uporządkować gdański team?

Wydaje mi się, że jeżeli ktoś ma postawić Lechię na nogi, to Piotr Stokowiec jest dobrą osobą do zrealizowania takiej misji. Podobną drogę przeszedł już przecież z Zagłębiem. Przejął w Lubinie zespół znajdujący się wtedy w kompletnej rozsypce, z wieloma przepłacanymi obcokrajowcami. Teraz stoi przed nim podobne wyzwanie. Musi w gdańskim klubie wprowadzić wreszcie jakąś koncepcję. W Lechii do tej pory sprowadzano po prostu kolejnych graczy, którzy akurat się menedżerom czy działaczom nawinęli pod rękę.

Czyli wierzysz, że Stokowiec sobie tam poradzi?

Myślę, że tak. Nie sądzę, by gdańszczanom mógł się przydarzyć drugi tak fatalny sezon. Bo pod względem czysto ludzkim jest to ekipa, która ma spore możliwości. Na pewno nie pomaga im też panujące wciąż zamieszanie finansowo-organizacyjne. Duże opóźnienia w pensjach, dziwne historie o tym, jak to działacze tłumaczą, że nie mogą wysłać zaległego wynagrodzenia, bo w weekend nie działają banki. Ale te pensje nie były przecież zaległe od jednego dnia, od soboty, tylko od miesiąca czy dwóch. To wszystko przekłada się na postawę zawodników na boisku. Choć paradoksalnie, czasem takie zamieszanie pozytywnie wpływa na piłkarzy. Pamiętam, że gdy Polonia Warszawa spadała z Ekstraklasy w czasach Ireneusza Króla, to sama drużyna prezentowała się na murawie najlepiej od kilku lat. A wcześniej, gdy w Czarne Koszule pompowane były spore pieniądze w okresie Wojciechowskiego, zespołowi szło gorzej.

Z ligi spadnie na pewno Sandecja, a do tego Termalica lub Piast. Słychać głosy, że takie kluby jak Sandecja, która cały sezon grała domowe mecze nie na swoim stadionie, nie powinny w ogóle mieć prawa występować w Ekstraklasie. Zgodzisz się z tym?

Tak i z tego zdają sobie sprawę chyba wszyscy. Umówmy się, że fajnie by było jednak, gdyby drużyny wchodzące do Ekstraklasy, czymś tę ligę ubogacały. Jeśli nie piłkarsko, to kibicami. Sztandarowym przykładem wartościowego beniaminka jest Górnik Zabrze z bieżących rozgrywek. Pełne trybuny, młodzi piłkarze, dobra gra w piłkę i trener Marcin Brosz z koncepcją. A na drugim biegunie jest właśnie Sandecja. Ktokolwiek by za ekipę z Nowego Sącza nie wszedł, to będzie to dla naszej ligi lepsze rozwiązanie.

Uważasz, że znane nazwiska, ale jednocześnie już podstarzałe, jak np. Eduardo z Legii, powinno się ściągać do Ekstraklasy, czy to nie ma sensu?

Jestem zwolennikiem pozyskiwania takich graczy, ale nie obecności chorwackiego napastnika na Łazienkowskiej. Byłem przekonany, że to będzie ruch przynajmniej na miarę ściągnięcia Ljuboi, przy którym młodzi zawodnicy mogli się sporo nauczyć. Dla którego kibice chodzili na stadion. I którego kilka zagrań sam do dziś pamiętam – np. gola strzelonego piętą w spotkaniu z Piastem Gliwice z półobrotu, w stylu Zlatana Ibrahimovicia. Liczyłem, że nawet jeśli Eduardo nie będzie liderem drużyny, to jednak kilkoma zagraniami zapadnie nam w pamięć. Ale na razie jest wielkim rozczarowaniem. To dowód na to, jak dokładnie trzeba prześwietlać piłkarzy przed pozyskaniem ich do nowego klubu. A nie patrzyć tylko na nazwisko i na samo CV.

Eduardo zawodzi – za to bramki dla Legii strzela Niezgoda. Na Twitterze dość gorąca była ostatnio dyskusja, który z młodych polskich napastników miał lepszy sezon – wspomniany legionista czy Krzysztof Piątek z Cracovii. A Ty czyje dokonania cenisz bardziej i dlaczego?

Jeśli chodzi o grę w Ekstraklasie, to chyba prezentują aktualnie podobny poziom. Ale mam takie przeczucie, że Niezgoda dobija już do swojego sufitu, a dla Piątka jest on zawieszony kilka pięter wyżej. Snajper Cracovii odpowiednio prowadzony może być nawet następcą Arka Milika. Widzę między mini podobieństwo pod względem sposobu poruszania się po boisku czy w innych drobiazgach. Jarosław Niezgoda to, przy dobrych wiatrach, materiał na drugiego Pawła Brożka. Czyli na kogoś, kto może być czołowym ligowym napastnikiem, jeśli nie wyjedzie z Polski. A jeśli Krzysztof Piątek będzie miał mądrze prowadzoną karierę, to może zajść naprawdę wysoko.

Piątek był w 35-tce powołanej przez trenera Adama Nawałkę na mundial do Rosji.

Wiem, że nasz selekcjoner jest jego sporym fanem i od dawna czekał na to, żeby ten zawodnik dał mu argumenty do powołania go do kadry. Wreszcie Nawałka się ich doczekał i w nagrodę piłkarz dostał powołanie. Jak już wiemy, takie bardziej na zachętę, ale otrzymał. Widać, że obecnie trener Nawałka wierzy w niego bardziej, niż w Niezgodę.

Nawet w grupie 35 powołanych nie było Tarasa Romańczuka. To dla Ciebie zaskoczenie?

Po ludzku jest mi go szkoda. To gracz, z którym robiłem jeden z pierwszych dużych materiałów. Bardzo pozytywnie mnie wtedy zaskoczył. Świetnie mówi po polsku, jest inteligentny, studiował stosunki międzynarodowe. Można z nim porozmawiać o wszystkim, a przy okazji jest niesamowicie skromny. Byłem może minimalnie rozczarowany jego debiutem w kadrze. Zagrał mocno na alibi. Ale też trudno mu się dziwić, bo jego pozycja boiska nie pozwala na jakieś szarże. Lepiej zagrać bezpieczniej niż mocno ryzykować i narazić zespół na kontrę.

Rozumiem, że selekcjoner Nawałka miał do wyboru wziąć do kadry na mistrzostwa albo Romańczuka, albo Żurkowskiego. To są zawodnicy na podobnym poziomie, ale znów wracamy do kwestii sufitu. Taras może się jeszcze trochę rozwinąć, ale wydaje się, że jest już blisko maksimum swoich możliwości. Z kolei pomocnik Górnika Zabrze ma spore rezerwy. Stawia dopiero pierwsze kroki w poważny futbolu. To gość, który rok temu grał w trzecioligowych rezerwach zabrzan. Robi niesamowite postępy. I dlatego Nawałka postawił na Żurkowskiego. Jakbym miał wybierać, to też bym raczej zdecydował się na niego. Choć z całą pewnością dla Romańczuka drzwi do kadry nie zostały całkowicie zamknięte. Być może dostanie kolejną szansę w reprezentacji już na jesieni.

Rozmawiał: Dominik Senkowski