Menadżer Akademii Legii Radosław Mozyrko: Pojęcie „akademii” jest w Polsce zdewaluowane

  • Redakcja

Radosław Mozyrko jest trenerem specjalizującym się w pracy z młodzieżą. Pracował m.in. dla Manchesteru United i Nottingham Forest. Dziś zajmuje ważne stanowisko w legijnej Akademii. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Przeczytałem niedawno na stronie legioniści.com: „Już niedługo Legia Warszawa ma ogłosić przetarg na generalnego wykonawcę ośrodka Akademii Piłkarskiej, który ma powstać w gminie Grodzisk Mazowiecki.” Jak wiele się zmieni, gdy zbudowany zostanie ten ośrodek?

Dosyć dużo. Patrząc przez pryzmat organizacyjny – powstaną dwie komórki Akademii. Komórka warszawska, czyli od 8 do 15 roku życia, stacjonować będzie w Warszawie, dalej przy stadionie Legii. I komórka Grodzisk – od 14 roku życia do pierwszego zespołu. Pomoże nam to się rozwinąć pod względem większego profesjonalizmu, logistyki, jakości oraz estetyki pracy.

Miałeś kontakt z trenerem Romeo Jozakiem? Czy rozmawiałeś z nim o młodych graczach w Legii, o szkoleniu? Pytam, bo on wcześniej pracował w kuźni piłkarskich talentów – w Dynamie Zagrzeb.

Głównie kontaktuje się z Ivanem Kepciją, dyrektorem technicznym, który nadzoruje strategię klubu. Mój kontakt z pierwszą drużyną przebiega właśnie za pomocą Ivana. Rozmawiamy razem z Jackiem Zielińskim z nim regularnie i dość często o tym, jak zawodnicy Akademii mogą trafić do seniorskiej ekipy i co powinni uczynić, żeby tak się stało. Sam fakt, że pojechałem do Stanów Zjednoczonych na obóz przygotowawczy z seniorami, już o czymś świadczy. Byłem tam po to, by obserwować piłkarzy, poznać bliżej szkoleniowców, więcej czasu spędzić z Ivanem. A w trakcie jednego meczu usiadłem nawet na ławce rezerwowych.

W „jedynce” z młodych występują obecnie najwięcej Sebastian Szymański i Jarosław Niezgoda. Duży mają potencjał?

Na pewno. Ale tak samo Michalak, Majecki. Do tego mamy jeszcze Wieteskę, Żyro, innych chłopaków w rezerwach. Jest zatem kilku, którzy dysponują takim potencjałem by albo zostać podstawowymi członkami pierwszego zespołu na wiele lat – kariera typu Jakub Rzeźniczak – albo to sportowcy, którzy mogą dwa lata pograć u nas i pójść na Zachód za duże pieniądze.

Jak już jesteśmy przy temacie transferów – w ostatnich latach Legia sprzedała za granicę paru młodych: Wolski, Furman, Borysiuk, Bielik, Janczyk, Żyro, Rybus, Łukasik, Bereszyński. I tak naprawdę jedynie Rybus oraz Bereszyński przebili się w swoich nowych zespołach. Dlaczego innym się nie powiodło?

Każdemu z nich nie udało się z innych powodów. Ciężko znaleźć dla nich wszystkich wspólny mianownik. Przykładowo Rybus przyszedł do Młodej Ekstraklasy i też długo w niej nie zadomowił. Bereszyński zaś dopuszczony został od razu do seniorskiej drużyny. On jest akurat bardziej wychowankiem Lecha Poznań. Typowa Akademia to chłopcy z rocznika ’92. Część z nich się nie przebiła z powodu braku dostatecznych umiejętności, część z powodu głowy, a część osiągnęła tak naprawdę apogeum swoich możliwości i wycisnęła wszystko, co mogła.

Apogeum?

W tym sensie, że poszli w ogóle na Zachód. Jeśli zapytasz, czy wyciągnęliśmy wnioski, to odpowiem, że tak. Prawda jest też taka, że z rocznika ’92 udało się wybić chłopakom w takiej ilości, bo to były biedne czasy dla Legii, która nie miał tylu pieniędzy, by inwestować w zawodników. A jak brakuje środków, to daje się szanse młodym.

Tak samo miałem w Nottingham Forest. Jak tam pracowałem, to w najlepszym okresie dla tamtejszej Akademii, na klub nałożono zakaz transferów z powodu nietrzymania się przepisów finansowych. Nie mogli kupować piłkarzy, dzięki czemu w pierwszej drużynie w ciągu 2 lat zadebiutowało aż 13 graczy z Akademii. I jeszcze regularnie występowało, jako mocne wzmocnienia albo solidne uzupełnienia. Zatem w Nottingham to była kwestia przypadku. U nas rocznik ’92 to również był tak naprawdę przypadek. Teraz trzeba stworzyć strategię, żeby to nie był przypadek, a planowany efekt.

Chciałem wrócić na chwilę do porażki Legii z Bayernem u17 w stosunku 0:14. Po tym meczu powiedziałeś dla strony akademia.legia.com: „Ale przez taki wynik nie zawrócimy z tej drogi, a wręcz przeciwnie: chcemy grać jeszcze częściej z najlepszymi, aż zagramy z nimi jak równy z równym.” Kiedy możemy się doczekać czasów, w których będziemy grali z nimi, jak równy z równym?

Prawda jest taka, że jak trenerzy pudrują taktyką niedoskonałości indywidualne, to już dzisiaj rywalizujemy z podobnymi drużynami, jak równy z równym. Spójrz na spotkanie z Ajaxem Amsterdam w młodzieżowej Lidze Mistrzów. To już się dzieje. Tamten wynik 0:14 to konsekwencja kilkunastu czynników, które przyczyniły się do takiego rezultatu. Na część z nich mieliśmy wpływ i to były nasze mini błędy, które razem doprowadziły do katastrofy.

Podam Ci taki przykład z lotnictwa, bo uczę się obecnie latać na szybowcu. Rok temu jeden z uczniów zginął na lataniu. Przyczyną tego zdarzenia nie był jeden jego błąd, tylko kilka, których popełnił. Wszystkie razem spowodowały tak przykre zdarzenie. Odpowiadając na Twoje pytanie – nie ma takiej przepaści, jaką sugerowałby wynik 0:14.

To dlaczego aż tak wysoka porażka?

Nie zagrało kilku najlepszych graczy, w ten sam weekend wystąpili w zespole U19 czy rezerwach, niektórzy z nich byli po zgrupowaniu reprezentacji, inni po kontuzji, więc wysyłanie ich do Niemiec niespecjalnie wchodziło w grę.

Z drugiej strony dwa tygodnie wcześniej ten sam zestaw zawodników, który pojechał na Bayern, rywalizował z Herthą Berlin, jak równy z równym. Przegraliśmy tylko 2:3, po zaciętym boju. A Hertha dysponuje, moim zdaniem, mocniejszą akademią. Te dwa mecze różniła jednak atmosfera w drużynie przed meczem.

Strach?

Spięcie. Stres.

Marka Bayernu budzi pewnie wyobraźnię.

Ale właśnie dlaczego? To są te same dzieciaki, tylko z innego rejonu Europy. I dlatego, jak powiedziałem, dalej będziemy szli w tym kierunku. Chodzi o to, że jak 10-latek trafi do Akademii Legii Warszawa, zagra 20,30,40 meczów z mocnymi drużynami, raz lepiej, raz gorzej, to jak pójdzie do pierwszego zespołu i będzie występował w Lidze Europy czy w Lidze Mistrzów i wyjdzie np. przeciwko Realowi czy Ajaksowi, to pomyśli: Nie no, jak z nimi już grałem w sumie ze 20 razy.

Z niektórymi może nawet się przywita, bo będzie znał ich z boiska z lat ubiegłych na różnych szczeblach juniorskich.

Dokładnie. A ja naprawdę wierzę w to, że z kim się zadajesz, takim się stajesz. I my musimy grać z lepszymi. A zarazem to jest tak naprawdę pierwszy sezon, w którym mierzymy się z zagranicznymi mocnymi rywalami. Jeśli o to chodzi, to nikt w Polsce w takiej skali przez ostatnie 20 lat nie zrobił tyle, ile my teraz. Tak często wyjeżdżamy i tak mocno się pchamy, by grać z najlepszymi.

Z drugiej strony Legia, jak na polskie warunki, ma sporo pieniędzy. Kupuje nawet gotówkowo juniorów. Jest z Warszawy. Z Mazowsza chyba może mieć każdego?

Nie do końca. Część klubów nie chce z nami współpracować.

Dlaczego?

Przeważnie pada argument: oddamy chłopaka, jak będzie miał 15-16 lat, a nie 11-12. Czyli może chodzić o wysokość ekwiwalentu. Gdy ściąga się zawodnika w wieku 11 lat, to związek narzuca zupełnie inną wysokość ekwiwalentu niż za zawodnika w wieku 15 czy 16 lat. Niektórzy uważają też, że wyszkolą zawodników lepiej. Nie chcemy tych klubów zostawiać z niczym, więc jesteśmy otwarci na różne formy współpracy i „barteru”, jak szkolenia trenerów, staże, bilety na mecze, oddawanie tym klubom zawodników itd. Mamy jednak pewne mocne argumenty, dlaczego od pewnego etapu każdy chłopiec z Warszawy i okolic powinien szkolić się u nas. One przemawiają do rodziców, bo w ostatnim czasie sprowadziliśmy kilku ciekawych zawodników z okolic Warszawy. Między innymi z naszych klubów partnerskich: Varsovii Warszawa i SEMP-a Ursynów, czy klubów, które kierują się podobnym podejściem – np. FFA Warszawa.

A jak jest w Warszawie z Waszą konkurencją?

Mamy konkurencję. Jest Escola i Polonia Warszawa, toczymy trudne boje ze Zniczem Pruszków.

Słyszałem taką opinię, że generalnie młodzież w legijnej Akademii jest bardzo zdolna, ale że ci młodzi często giną potem na etapie przejścia do seniorskiej drużyny. Że dostają wtedy za dużą kasę, brakuje gdzieś opieki nad nimi, kontroli.  Czy się z tym zgodzisz?

To raczej takie generalizowanie. Bo tak naprawdę, to trzeba by było o każdym przypadku porozmawiać osobno. Czy są zdolni? Część tak, część może nie. Bo jeśli wskakują na pewien poziom i się nie przebijają, to może nie byli tacy zdolni.

Gdy w „jedynce” młodzi piłkarze nie dostają tylu szans, to potem to się może przekładać na Akademię. Czy ci zawodnicy Akademii widzą wówczas perspektywy? Czy zależeć im będzie na rozwoju, skoro mogą się obawiać, że nie zagrają w seniorach?

To jest bardzo złożony problem. Ale mogę Ci dać kilkanaście argumentów, dlaczego ogólnie w piłce młodzieżowej w tzw. „wąskim gardle”, ludzie przepadają. Najważniejszy jest charakter, żeby się nie poddawać. Np. są tzw. „złoci medaliści”. Co to znaczy? To chłopacy, którzy w juniorach zawsze występowali w podstawowym składzie, od dechy do dechy. Od nich trener zaczynał ustalanie „jedenastki”, nigdy nie mieli kłopotów. Tacy super-zdolni.

Idą do seniorów. Przechodzili przez Akademię i przez rezerwy, jak burza. A tu w „jedynce” wszystko się wali, nagle siadają na ławce albo na trybunach. Pół roku czekają. Czuli pozytywne podniecenie, że znaleźli się w pierwszym zespole. Ale potem to przepada i przechodzi w frustrację, bo nie występują. Chcą się przebić gdzie indziej. Odchodzą do nowego klubu. Czasami przychodzą do ekipy, w której tak naprawdę nie dostaną szansy. Ale poszli tam, bo taki pomysł podrzucił im agent. I przepadają.

Są też zawodnicy, którzy za szybko albo za późno przyszli do seniorów. Są inni, dla których, tak jak powiedziałeś, liczy się kasa. Zachłyśnięci tym, że są w seniorskim zespole, zaczynają się bawić. Są tacy, którzy mają pecha i łapią kontuzje. Są w końcu też tacy, którzy nie dostają szansy, bo szkoleniowiec boi się wystawić skład. Jest naprawdę wiele powodów. Ogólnie na całym świecie jest z tym duży problem. Jeśli nie ma procedur i strategii wdrażania młodych graczy i rozsądnej polityki klubowej, to trudno wprowadzić jakiegoś młodego do pierwszej drużyny. Dlatego tak niewiele klubów robi to regularnie i sukcesywnie.

Wy będziecie to doskonalić?

Tak. Pracujemy nad tym. Powstała grupa strategiczna, która o tym dyskutuje.

Gdy młodzi w „jedynce” nie grają, to ci młodsi z akademii mogą się obawiać o przyszłość.

Wiadomo, że dany sukces, nakręca też innych. Jak Adam Małysz wygrywał, to więcej dzieci zaczęło skakać. Dobry rezultat przyciąga. Czemu mnóstwo dzieciaków waliło nagle drzwiami i oknami do Znicza Pruszków? Bo Robert Lewandowski tam występował.

A czy Legia nie powinna mieć wychowanków od A do Z? Takich od 5 roku życia do seniorów? Jak to się robi na świecie?

To nierealistyczne. Nawet patrząc na największe akademie, to mało jest przykładów zawodników, którzy zaczynają np. od 8 roku życia i dochodzą do pierwszego składu. Weźmy taki Ajax Amsterdam, dla niektórych najlepsza akademia na świecie. A tam żywotność piłkarza w akademii to średnio 3 lata. Tyle czasu w niej spędza. Oczywiście mają też takich, którzy przyszli do nich, gdy mieli 8 lat. Ale spójrz na Barcelonę, na ten ich zdolny rocznik. Messi przybył w wieku 13 lat, Iniesta gdy miał 12 lat. Pep Guardiola też 11 czy 12 lat.

Co do Zachodu jeszcze – tam w ogóle słowo „wychowanek” nie funkcjonuje. Zastępuje się je pojęciem „absolwenta”. Bo „wychowanek” oznacza, że go ukształtowałeś w 100%. A to życie go wychowuje, szkoła, rodzice, koledzy, podwórko, poprzednie kluby.

U nas wszyscy się kłócą, że dany chłopak to wychowanek tego, a nie tamtego.

Tak. A my nie używamy słowa „wychowanek”, tylko „absolwent”. Bo jeżeli był u nas przez jakiś czas, to jest absolwentem naszej szkoły. Ale to nie wyklucza bycia absolwentem także innych miejsc. Tak samo, gdy ktoś skończył np. prawo na danej uczelni, to jest absolwentem tej szkoły, ale także jakiegoś liceum, gimnazjum i podstawówki. A wracając do tematu – mamy całą organizację, która pozwala na to, by chłopcy trafiający do nas w wieku już nawet 3 lat, przechodzili przez całą strukturę i dochodzili do pierwszego zespołu.

Czy to się zdarzy? Jest to bardzo trudne do zrealizowania. Np. wyliczono, że statystycznie w Anglii w akademiach, w przypadku graczy u-9, ich szanse wystąpienia w seniorskiej drużynie, wynoszą 0,001 %. Na Wyspach zmienili teraz też podejście. W kategoriach 9-11 lat celem nie jest to, żeby taki dzieciak grał potem w seniorach, ale to, żeby jeszcze uprawiał piłkę nożną w wieku 20 lat. Żeby partycypował w futbolu. Najpierw zaraźmy dzieci pasją do sportu. A potem, jak będą się rozwijały, to pasja przechodzi w miłość. Mówienie, że 7- czy 8-latek zostanie profesjonalnym piłkarzem, jest dla mnie abstrakcją.

Czy żeby posłać swoje dziecko do Akademii Legii trzeba zapłacić wpisowe, a potem czesne?

U nas nie. Nic zawodnicy nie płacą. Jesteśmy profesjonalną Akademią, a nie komercyjną.

Ale inne akademie w Polsce chyba działają inaczej?

W 99% akademii płacić musi zawodnik. Generalnie jednak pojęcie „akademii” jest w Polsce zdewaluowane. Dlaczego? Bo każdy może powiedzieć, że ma akademię. A na Zachodzie, żeby nazwać się akademią, to trzeba mieć licencję. Ja jestem trenerem, bo posiadam licencję. Będę kiedyś pilotem szybowców, bo będę dysponował licencją. Nie powiem Ci już teraz: Cześć Dominik, jestem pilotem. Nie, bo nim nie jestem – nie mam licencji.

Wystarczyłoby wprowadzić przepis, dzięki któremu możesz nazywać się akademią i żądać ekwiwalentu od innych klubów za szkolenie, jeśli rodzice nie partycypują w kosztach szkolenia danego dziecka. Moim zdaniem obecne przepisy nie są odpowiednie. Przykładowo mam syna, który idzie do jakiejś szkółki. Płacę 200 zł miesięcznie za treningi. Płacę za każdy wyjazd na miniturnieje lub turnieje. Chłopak się rozwija, włożyłem w niego X tysięcy złotych. W pewnym momencie przychodzi Legia Warszawa i dotychczasowy klub mówi: No to teraz jest ekwiwalent pięć tysięcy złotych. Ale dlaczego ten klub ma dostać pieniądze, jeśli to rodzic poniósł dużą część kosztów? To jest bez sensu.

Jak można by to zmienić?

Należałoby wprowadzić takie przepisy, jakie są na Zachodzie. W wielu krajach do X roku życia nie ma w ogóle ekwiwalentu za szkolenie. Np. w Hiszpanii do 14-stego roku życia nie ma ekwiwalentu. Czyli każdy piłkarz może odejść do innego zespołu. Pewnie większość klubów się przerazi, ale jakby to ode mnie zależało, to ekwiwalent mógłby się należeć tylko wtedy, gdy masz licencję na akademię. I wystarczyłoby wprowadzić jeden przepis, zgodnie z którym jeśli zawodnicy nie płacą za nic – za czesne, wyjazdy, turnieje, mecze, zatem 100% kosztów ponosi klub – to wtedy można żądać ekwiwalentu. Już dzięki takiemu podejściu zobaczylibyśmy, które szkółki są profesjonalnym, a które tylko komercyjnym projektem.

Rozmawiał: Dominik Senkowski