76ers, czyli jak w rewolucyjny sposób przywrócić wielkość drużynie NBA

  • Redakcja

W cyklu istnienia każdej organizacji w lidze NBA przychodzą takie lata, kiedy nie widać szansy na rozwój w konwencjonalny sposób. Pogrążona w przeciętności drużyna, która za cel stawia sobie awans do play-offów albo kończy lokatą poza ósemką i rozczarowaniem fanów, albo awansem z miejsca 7-8, krótkotrwałą euforią i natychmiastowym odpadnięciem z rywalizacji w 1. rundzie po zderzeniu się z mocarzami ligi. Po kilku takich sezonach kierownictwo klubu musi wybrać drogę wyjścia z marazmu. Można próbować skusić supergwiazdę kontraktem maksymalnym, być aktywnym na rynku wolnych agentów (przeważnie podstarzałych gwiazd) lub cierpliwie budować zespół poprzez draft.

Przed takim dylematem po sezonie 2012/13 stanęli Philadelphia 76ers. Ich generalny menedżer Sam Hinkie postawił na opcję z draftem w wersji zradykalizowanej – plan zakładał pozbycie się najlepszych graczy i tych z wysokimi kontraktami, stworzenie niejako tymczasowej drużyny złożonej głównie z graczy zadaniowych oraz przegranie jak największej ilości spotkań, by dać sobie największą szansę na „jedynkę” draftu. Kontrowersje budziła i budzi nadal szczególnie ta część planu zakładająca celowe przegrywanie, czyli „tankowanie”. Taka strategia została przez niektórych okrzyknięta najbardziej radykalnym eksperymentem w amerykańskim sporcie, ale Hinkie nie przejmował się krytyką, a od wszystkich wokół wymagał, by „zaufali w Proces”.

Już pierwszy rok eksperymentu pozwolił drużynie z Pensylwanii na zdobycie w drafcie prawdziwej perełki – ledwie 19 wygranych meczów przyniosło im 3. numer w naborze i zdecydowano się na Joela Embiida. Kameruńczyk swoje pierwsze 2 sezony spędził na leczeniu kontuzji, lecz gdy zadebiutował w rozgrywkach 2016/17 szybko oczarował kibiców. Również w następnym roku Philadelphia wybierała jako trzecia w drafcie, ale tym razem intuicja zawiodła Hinki’ego – zdecydował się on na Jahlila Okafora. Ten wysoko notowany w rankingach center jednak nie spełnił oczekiwań. Nabór z 2016 r. to jednak znowu strzał w „10” – katastrofalny (czyt. jak najbardziej pożądany) bilans 10 zwycięstw i aż 72 porażek pozwolił na pierwszeństwo wyboru i do 76ers dołączył Australijczyk Ben Simmons. Niestety i on cały swój pierwszy sezon musiał poświęcić na leczenie urazu. Ostatnim epizodem „tankowania” był zeszłoroczny draft, w którym mimo wyboru w trzeciej kolejności udało się pozyskać gracza z tej klasy ocenianego najwyżej, czyli Markelle Fultza.

Kibiców nie zdziwił specjalnie fakt, że Fultz, podobnie jak wcześniej Embiid i Simmons, miał start w dorosłą karierę naznaczony zmaganiem z kontuzją, w więc przedziwnym urazem ramienia, który całkowicie zaburzył mu motorykę rzutu i zmusił do czteromiesięcznej pauzy. Jednak przez ten czas, nawet pod nieobecność Fultza, Philadelphia w końcu zaczęła grać basket, jakiego nie widziano w mieście od czasu gry fenomenalnego Allena Iversona. Przed sezonem zatroszczono się o otoczenie młodych gwiazd doświadczeniem weteranów: do zespołu powrócił z Atlanty Ersan Ilyasova, doszli też Marco Belinelli, Amir Johnson i J.J. Redick. Ten ostatni sam przyznał, że powodem, dla którego wybrał Philadelphię była chęć uczestniczenia w tym unikalnym projekcie.

Bieżące rozgrywki zdecydowanie pokazują, że „Proces” w swoim piątym sezonie przynosi upragniony efekt. Największa w tym zasługa bajecznie utalentowanego duetu kameruńsko-australijskiego. Embiid to nowoczesny center w typie Porzingisa i Karla-Anthony Townsa, bardzo zwinny i dynamiczny, chętnie rzucający za 3 punkty, mający już za sobą występ w All-Star Game. Simmons z kolei jest mierzącym 2.08m rozgrywającym, 12 razy osiągał w tym sezonie triple-double. W przeciwieństwie do Embiida rzuty zza łuku oddaje tylko w wyjątkowych sytuacjach, a najchętniej wszystkie akcje kończyłby wsadem. Rywale Philadelphii na wschodzie muszą się ich obawiać w play-offach także w kontekście dosyć niespodziewanego powrotu do rotacji Markelle Fultza. Jak na razie gra on ok. 15 minut na mecz, ale to wystarcza, żeby pokazać swój potencjał i wnieść dużo energii, jeśli chodzi o rozegranie piłki. Obecnie 76ers notują imponującą serię 17 zwycięstw z rzędu i to nawet pomimo braku Embiida. Pech jest niejako wpisany w najnowszą historię drużyny: Fultz w swoim drugim meczu po powrocie na parkiet przypadkowo zderzył się z Kameruńczykiem tak, że ten doznał złamania kości twarzy.

Statystyki, ale przede wszystkim ekscytujący styl gry zespołu powoduje, że niektórzy eksperci stawiają już Sixers na równi z najmocniejszymi drużynami ligi. Charles Barkley przepowiedział nawet, że zdobędą oni mistrzostwo. Czy rzeczywiście Philadelphia jest w stanie powalczyć z najlepszymi? Ostatnie zwycięstwo nad Cleveland Cavaliers i w konsekwencji osiągnięcie 5. pozycji na liście drużyn z najlepszym bilansem w lidze zdaje się to potwierdzać. Największą satysfakcję z powodzenia „Procesu” ma z pewnością jej architekt, były już generalny menedżer Sam Hinkie oraz ci fani, którzy tak mocno uwierzyli w rewolucyjną wizję, iż byli gotowi wytatuować sobie hasło „Trust The Process”.

Podopieczni Bretta Browna efektownie zaczęli batalię w play-off. Pomimo nieznacznego prowadzenia Miami Heat do przerwy w meczu numer jeden, zdołali odnieść przekonujące zwycięstwo 130:103 dominując w drugiej połowie spotkania. forBET wycenia zwycięstwo Sixers w drugim meczu na 1.35, a Miami na 3.35.

W tej rywalizacji mało kto stawia na drużynę z Florydy. Tym bardziej, że jest szansa na szybki powrót Joela Embiida, a to powinno już pozbawić Heat nadziei na zwycięstwo w serii. Można więc spojrzeć nieco w przyszłość. Można? W półfinale konferencji 76-ers przyjdzie się zmierzyć ze zwycięzcą pojedynku Milwaukee z Bostonem, czyli 7. drużyny na wschodzie z odbudowującą się potęgą, której jednak kontuzje dwóch największych gwiazd mogą uniemożliwić skuteczną rywalizację ze zdrową i rozpędzoną Filadelfią. Ekipa Browna ma zatem łatwiejszą drogę do finału konferencji, bo dopiero na tym etapie na jej drodze stanie ktoś z najmocniejszych na wschodzie: Toronto Raptors lub Cleveland Cavaliers.

Szanse drużyny w play-off doceniają także bukmacherzy – forbet widzi Sixers jako kandydata nr 5 do ostatecznego triumfu w NBA z kursem na mistrzostwo 17.75