Karol Stopa: „Mam ogromną pretensję do polskiej publiczności tenisowej”

  • Redakcja

Prezentujemy Państwu trzecią i zarazem ostatnią część wywiadu z Karolem Stopą, komentatorem tenisa w Eurosporcie.

Polski tenis jeszcze niedawno miał historyczne wyniki. Nie ma Pan wrażenia, że trochę to zostało za mało wykorzystane?

Nasz tenis przegapił niestety swoje najlepsze chwile. To w duże mierze wina Polskiego Związku Tenisowego. Patrzę na Węgrów, którzy dysponują obecnie dwa razy gorszym składem, niż ten, który myśmy kiedyś mieli. A mimo to, grają z sukcesami w Pucharze Davisa. Mają tylko jednego mocnego tenisistę i praktycznie wszystko na nim zbudowali. Polska posiadała kilku dobrych zawodników, ale ciągle nie potrafiliśmy tego polepić. Ciągle gdzieś się rozłaziło. Kontuzje, inne przyczyny. Przypomina się słynny cytat: Miałeś, chamie, złoty róg. Nasi gracze trafili do Grupy Światowej przynajmniej o trzy lata za późno. A teraz większość tego towarzystwa wchodzi w wiek dojrzały.

To samo jest u kobiet. Agnieszka ma już swoje lata. Ciężko oczekiwać od niej, że będzie, jak nastolatka, brykała i grała za młodych. Może za chwilę te młodsze gdzieś się odbiją, może coś z nich wyrośnie? Trzeba poczekać. Ale problem polega na tym, że rozmawiamy w momencie, w którym, tak u naszych panów, jak i u naszych pań, zrobiła się taka dziura pokoleniowa. Kandydatów i kandydatki na zapełnienie tej dziury widać, ale oni muszą wpierw dorosnąć.

Nie udało się wykorzystać momentu wielkiego tenisa w Polsce. Nie są organizowane u nas żadne poważne turnieje. Sam chodziłem na J&S Cup w Warszawie na kortach Warszawianki, ale to było sto lat temu.

Dokładnie. Mam ogromną pretensję do polskiej publiczności tenisowej. Polacy grali ważne mecze i na wszystkich tych kolejnych pojedynkach obserwowaliśmy pustki na trybunach. To jest strasznie przygnębiające. Oczywiście znów trzeba tu wrzucić kamień do ogródka federacyjnego. Bo może należało inaczej zadziałać z biletami? Jakieś błędy zostały popełnione. Myśmy nawet w decydującym spotkaniu o wejście do Grupy Światowej mierzyli się ze Słowakami przy niepełnej hali w Gdyni. To dla mnie kompromitacja. W Trójmieście ani związek, ani lokalne trójmiejskie kluby, nie potrafią zapełnić widowni? Mamy już nieomal pięć stacji telewizyjnych, które chcą pokazywać tenis. Kolejny wysp takich, za przeproszeniem, dupków, którzy nie znają się na niczym, ale oczywiście siadają i komentują tę dyscyplinę. Natomiast dalej nic z tego kompletnie nie wynika. To się w ogóle nie przekłada niestety na rozwój tego sportu.

Trochę może jest tak, jak z polską piłką nożną, z Ekstraklasą. Opakowanie co raz lepsze, transmisje, ale zawartość wciąż marna, poziom rozgrywek niski.

Ludzie zrobili się dziś wygodni. Coraz trudniej przyciągnąć kibiców na obiekty. Obojętnie, jakiej to dotyczy konkurencji sportowej. Patrzę czasami na relacje siatkarskie. Był taki czas, gdy na trybunach siedziało pełno widzów. To tuż po tym, gdy nasi zostali mistrzami świata.

A teraz włączam sobie starcia ligowe i zdziwiony w duchu mówię: O rany, pusto na widowni. To w ogóle nikogo nie interesuje. Rywalizacja toczy się w Warszawie, w Radomiu, w nowych miasta – tylko, że tam brakuje publiczności. Siedzi pięć osób na krzyż. A jak kobiety rywalizują, to już katastrofa. Przychodzi tylko paru takich, co sobie chętnie popatrzą na panie w krótkich gatkach. I dokładnie to samo jest z tenisem. My się interesujemy postaciami, klubami, jakimiś tam detalami. Natomiast prawda jest taka, u nas w kraju obserwujemy fatalnie niski poziom wiedzy o samej dyscyplinie. Nie ma fascynacji sportem, jako takim. To powoduje, że przyjdzie potem paru tych samych wariatów. I tyle. A to towarzystwo starzeje się. Zainteresowania młodych są zaś zupełnie inne.

Zresztą nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie tenis przeżywa kryzys. Niech pan zobaczy, że 80% tych nowych twarzy, to przeważnie dzieci emigrantów. Osoby z rodzin wielonarodowościowych. Japonka, ojciec z Haiti, matka z Japonii, ona siedziała w Stanach. I widzimy multum takich przypadków. Kiedyś zacząłem się zastanawiać nad tym i złapałem się za głowę, co się zaczyna dziać. Tylko takie rodziny, jakby słabsze, jeżeli chodzi o sytuację materialną, społeczną, znajdują zapał i się przebijają. Bo to trzeba włożyć strasznie dużo pracy, by osiągnąć w tym sporcie sukces. A tym młodym wystarczy dać do ręki komputer lub telefon.

Na koniec chciałem zapytać o wywołaną przez Pana właśnie Naomi Osakę. Zaskoczyła Pana jej niedawna wygrana nad Sereną Williams?

Nie zaskoczyła. Jeśli już, to bardziej jej przegrana w następnym meczu ze Svitoliną. Ale słyszałem, że dopadło ją jakieś zatrucie i to dlatego poległa. Myślę, że z Sereną Williams jest bardzo podobna sytuacja, jak z Rogerem Federerem. Tylko, że jej po tym macierzyństwie może być piekielnie trudno wrócić do tego, co prezentowała kiedyś. Oczywiście nie wykluczyłbym tego zupełnie. Ale tam wchodzi w grę masa ciała, poruszanie się.

Wyrosło pokolenie dziewczyn, które uderzają równie mocno jak Serena, a może nawet mocniej. Osaka jest takim przykładem. A Williams zrobiła się na tyle bezczelna, że potrafiła na jednej nodze przez wiele lat wygrywać imprezy. Ale ona już chyba nie da rady w ten sposób pociągnąć. Zmieniła się cała generacja. Te młode zupełnie nie żartują. Zresztą przerabia to też nasza Agnieszka. Może tego jeszcze nie widać w rankingu, ale u pań nastąpiło o wiele wyraźniejsze wymienienie tych, nazwijmy to, tenisowych elit. Te, które znajdują się na samej górze, nie są tak pewne swoich miejsc. Każda może przegrać z każdą. A z dołu cisną bardzo mocno. U facetów ciągle dostrzegamy taką zabetonowaną scenę. Tam czołowa grupa dysponuje potworną przewagą psychologiczną i nie za wielu potrafi zacisnąć zęby, by z nimi rywalizować.

Rozmawiał: Dominik Senkowski