Karol Stopa: „Jako społeczeństwo zaczynamy głupieć”

  • Redakcja

Zapraszamy do przeczytania drugiej części wywiadu z Karolem Stopą, komentatorem tenisa w Eurosporcie.

Jerzy Janowicz ma wrócić w maju na korty. W tym roku minie pięć lat od jego występu w półfinale Wimbledonu. Janowicz w listopadzie skończy 28 lat. Czy to ostatni dzwonek dla niego na uratowanie kariery?

Każdy układa swoją tenisową drogę po swojemu. Bierze z tego tortu tyle, ile jest w stanie. Jeżeliby słuchać opinii lekarzy, a ja z kilkoma rozmawiałem, to oni twierdzą, że u „Jerzyka” od początku był chyba jakiś błąd. Może przygotowanie za słabe, może w pewnych momentach nie wytrzymywał różnych obciążeń. Kiedyś dyskutowałem z jednym z czołowych polskich tenisistów o innym naszym zawodników, który ciągle boryka się z kontuzjami. I jak się spotkaliśmy, mówię do niego: Zobacz, on wciąż ma problemy zdrowotne. A on mi odpowiedział: Panie redaktorze, każdy jest kowalem swojego losu. Jeżeli nie dążymy do tego, by być profesjonalistami, jeżeli nie chronimy organizmu odpowiednio, to tych urazów będzie więcej, a nie mniej. Niestety taka jest prawda na ten temat. Bardzo łatwo jest poddać się opowieściom zakładającym, jaki ja jestem nieszczęśliwy, ile mi się przytrafiło nieszczęść itd. Ale pytając specjalistów od zdrowia, od ćwiczeń fizycznych słyszymy, że to nie do końca tak jest.

Często sami gracze przyczyniają się do swoich kłopotów zdrowotnych.

W takich sprawach trzeba postawić sobie lustro, spojrzeć w nie i zapytać siebie samego, czy spełniło się wszystkie warunki, żeby ten organizm był zabezpieczony. Wchodzi pan w rozgrywki, które są szansą na zostanie milionerem w życiu. Na zapewnienie sobie przyszłości. Jedni biorą kawałek tortu i mówią: o, fajnie, wystarczy, kupię sobie samochód, będę miał 15 dziewczyn, postawię dom. A są tacy, co planują wszystko zupełnie w inny sposób. Na dłuższy dystans. I gdzieś tutaj jest odpowiedź na pańskie pytanie. Tylko, że na nie powinien przede wszystkim odpowiedzieć sam zawodnik. Nie będę wyrokował w jego sprawach, bo wielu rzeczy mogę nie wiedzieć – jak trenował, jak się przygotowywał itd.

Janowicz, Radwańska i Łukasz Kubot mają wziąć udział we wrześniu w święcie tenisa na Stadionie Narodowym w Warszawie. 50 mini kortów, wspomniane gwiazdy. Wszystko po to, by promować tę dyscyplinę sportu. Tylko czy taka impreza faktycznie może się przysłużyć rozpowszechnieniu tenisa w Polsce? A może lepiej pieniądze wydane na organizację omawianego wydarzenia przeznaczyć na szkolenie młodzieży?

Nie jestem entuzjastą takich jednorazowych akcji pod publiczkę. Ale rozumiem mechanizm, wiem skąd to się bierze. Federacje bogate, jak amerykańska, francuska, australijska, brytyjska, które mają co roku zapewniony gigantyczny przychód z tytułu organizacji turniejów wielkoszlemowych, mogą sobie pozwolić na tworzenie różnych inwestycji na bardzo szeroką skalę, np. korty publiczne zamieniać w korty ogólnodostępne albo rzucać tam swoich fachowców, którzy będą pracowali z młodymi. To jest na pewno o wiele bardziej sensowny pomysł, niż taka jednorazowa próba zrobienia czegoś dodatkowego.

Ta wrześniowa impreza planowana jest jako wielkie przedsięwzięcie.

Mamy w naszym kraju skłonność do takich jednorazowych akcji. Pamiętam, jak po słynnym polskim „zwycięskim” remisie na Wembley z Anglikami, nieżyjący już Kazio Górski przyszedł do Kuriera Polskiego, w którym pracowałem. Ogłaszaliśmy wtedy taki konkurs „Klasówka z Wembley”. Dzieci pisały wypracowania, w zamian dostawały nagrody. Takie wydarzenia wyglądają bardzo fajnie i efektownie. To robienie PR-u, nakręcanie zainteresowania. Żeby przybyło tych różnych łapek, kiwnięć, buziek. Jako społeczeństwo zaczynamy głupieć. Przechodzimy do posługiwania się znakami pochodzącymi z języka obrazkowego. Najwyraźniej w tę stronę zmierzamy. Z jednej strony elektronika, nowoczesność, a z drugiej coraz większe upraszczanie.

Ale wracając do meritum, nie będę krytykował samego święta na Narodowym. Ono jest niezbędne. Tym bardziej, że Polski Związek Tenisowy musi poprawić swój wizerunek. To jest tej federacji nad wyraz potrzebne. Federacji biednej, a w dodatku zubożonej przez stado durniów, które tam funkcjonowało przez parę lat. I narobiło bigosu. Dzisiaj w zasadzie każdy sposób jest dobry, żeby troszeczkę poprawić postrzeganie tego związku. Gdyby jednak miało to się opierać tylko na takich akcjach, wówczas trudno się tym specjalnie zachwycać.

Czytałem opinie, że lepszym pomysłem byłoby zainwestowanie w nowe korty.

Baza tenisowa w Polsce jest akurat w coraz lepszym stanie. Współcześni słabo to sobie uświadamiają. Ja pamiętam czasy, gdy w Warszawie można było zagrać w dwóch salach gimnastycznych, w hali Gwardii, do której czasami wpuszczano i w śmierdzącym wojskowym ośrodku w Rembertowie. Nikt nie wiedział, czym są balony, przykryte korty ziemne itd. Obecnie wszystkiego jest więcej. Te place są coraz nowocześniejsze. Ogrzewane bardziej lub mniej, z nawierzchnią lepszą lub gorszą – ale są.

Wydaje się, że na tę chwilę przydałoby się raczej więcej pozytywnych wzorów. Bo ludzie chyba jednak idą nie tyle za akcją, co za wynikiem tenisisty lub tenisistki. Jak Radwańska, Janowicz lub Kubot będą wygrywać, pojawi się wtedy więcej tych, co będą chcieli iść w ich ślady. Trzeba czynić różne rzeczy jednocześnie. To nie jest wybór z gatunku: myć ręce, czy nogi. Trzeba myć i ręce i nogi i twarz i szyję też (śmiech).

Rozmawiał: Dominik Senkowski